Nie chciałam się odwracać. Znałam
ten głos. Wiedziałam do kogo należał. Odwrócenie się na pięcie oznaczałoby
konfrontację, a ja bardzo chciałam jej w tym momencie uniknąć. Niestety nie
mogłam. Coś w mojej głowie kazało mi się zatrzymać i spojrzeć na osobę stojącą
tuż za moimi plecami. Najdziwniejsza chwila z jaką przyszło mi się kiedykolwiek
zmierzyć to ta, w której moje ciało odmówiło mi posłuszeństwa i uległo osobie
stojącej teraz już naprzeciwko mnie. Utkwiłam wzrok w czarnych jak smoła
oczach. Wściekłość zaczęła przepełniać moje ciało. Dała mi trzy cholerne dni,
nie kurwa jeden.
-
Czego chcesz? - fuknęłam na nią. Z jakiś dziwnych przyczyn na usta cisnęły mi
się same przekleństwa.
-
Zapomniałam o czymś ostatnio ci powiedzieć bestyjko - jadowity uśmiech wypełzł
na jej twarz. Wyglądała naprawdę przerażająco gdy jej ciało spowijała ciemność,
a w tych czarnych jak smoła oczach pojawiały się co chwilę małe ogniki. Nie
czekała na moją odpowiedź, z resztą nawet nie mogłam się odezwać. Miałam
wrażenie, że usta mam zasznurowane niewidzialnymi nićmi, które skutecznie
uniemożliwiały mi rozmowę. - Nie wspominaj o tym spotkaniu nikomu - oczy
rozbłysnęły jej czerwienią - nie chciałabyś chyba, aby komuś stała się krzywda?
Pandora
podeszła do mnie, rozkoszowała się widokiem swojej mocy, która tak doskonale
zadziałała na moje ciało. Nasze twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów,
poczułam na skórze gorąco bijące od tej kobiety, identycznie jak poprzednim
razem. Wyciągnęła dłoń ku mojej twarzy i przeciągając paznokciami po policzku rozcięła
mi skórę. Poczułam napływającą krew, która już po chwili kroplami ściekała po
skórze zostawiając na czerwono zabarwioną ścieżkę. Nie bolało. Minimalnie
szczypało. To co przeżyłam z Aimą skutecznie przygotowało mnie na takie
sytuacje. Wciąż spokojnie stałam wpatrując się w istotę stojącą przede mną.
Mimo wzbierającej we mnie złości, nie miałam jak jej uzewnętrznić.
Poczułam
jak zdolność mowy powraca, nim całkowicie mogłam się wysłowić minęło
kilkanaście sekund. Musiałam w tym czasie obmyślić plan, co mogę a czego nie
powinnam mówić.
-
Co jeśli nie zgodzę się na współpracę z Tobą? - postanowiłam odciągnąć ją od
tematu, nie chciałam aby dowiedziała się o Kamarze.
-
Wtedy zniszczę wszystko co kochasz - wzruszyła ramionami - aby już nic nie
trzymało Cię w tym miejscu - brzmiała jakby właśnie stwierdziła, że woli zagrać
w chińczyka niż w monopoly, a nie jak ktoś kto właśnie wydał wyrok na kilkoro
ludzi.
Nie
przewidywałam takiego obrotu spraw. Chyba jednak za mało doświadczyłam w życiu,
aby mierzyć się z kimś takim. Jej ruchy ciała, mimika twarzy - wszystko
dostosowywała w mgnieniu oka do potrzeb, które narzucała sytuacja. Przełknęłam
ślinę i spróbowałam zabrzmieć, jakby nie ruszyło mnie jej stwierdzenie.
-
Musiałabyś zniszczyć cały świat - uśmiechnęłam się wymuszając drwiący uśmiech
na twarzy. Prawdopodobnie nie wyglądał zbyt przekonująco, bo Pandora tylko się
roześmiała.
Kiedy
przestała już ze mnie szydzić, na ulicę ponownie powróciła cisza i spokój.
Pandora zamachnęła się ręką, policzkując mnie grzbietem dłoni. Jej twarz nie
wyrażała żadnych emocji, pustka bijąca od kobiety mroziła mi krew w żyłach. Nie
ruszyłam się, nic nie powiedziałam. Poruszyłam głową dopiero gdy zaczęła coś do
mnie mówić, wzrok skierowałam wprost na te jadowite usta.
-
Nie kłam. Masz straszną przypadłość. Kłamstwo jest dobre, tylko wtedy gdy
potrafisz go używać w odpowiednich okolicznościach i z prawidłowym wykonaniem.
To było żałosne - opuściła rękę. - Wiem, że twoimi przyjaciółmi są Aleksander i
Kamara. Wiem, że chłopakiem, który ci się podoba jest Leonard. Wiem, że
nienawidzisz dyrektorki sierocińca, która ponownie okaleczyła cię dzień przed
moim pierwszym przybyciem. Wiem z kim rozmawiasz i co jadasz na śniadanie. Ja w
przeciwieństwie do ciebie wiem o tobie wszystko - znów ten drwiący uśmiech. No
tak, Kamara mówiła, że powinnam się przygotować. Ja nic o niej nie wiedziałam,
a ona? Ona była perfekcyjnie przygotowana. Kto to do cholery jest?
-
Kim są moi rodzice? - wypowiedziałam beznamiętnie. Skoro wie wszystko, niech to
udowodni. Chyba zdołałam ją nieco zbić z tropu. Wydawała się zdezorientowana.
-
Dowiesz się w swoim czasie - syknęła przez zęby.
-
Żyją? - w sierocińcu mówili, że ojciec to pijak, który utopił się we własnych
wymiocinach, bo nie był w stanie poruszyć się gdy upił się do nieprzytomności,
a matka narkomanka, zaćpała się zaraz po tym jak odniosła mnie na próg tego
cholernego Domu Dziecka.
Cisza,
która zaległa między nami po padnięciu tego pytania była nierealna. Wszystko
zostało wygłuszone - zwierzęta buszujące nocą, samochody poruszające się po
głównej ulicy zaledwie kilka przecznic dalej, nawet wiatr zdawał się nie
poruszać, nie wyczuwałam żadnego, choćby najmniejszego, podmuchu.
Perfidny uśmiech, który wypełzł
spod maski Pandory wkradł się do mojego umysłu. Ból przeszywający głowę był
niewyobrażalny. Zrozumiałam, że nie powinnam pytać, w ogóle nie powinnam
poruszać tego tematu. Co mnie obchodzi czy żyją? Są nikim. Tak, nikim. Muszę
raz na zawsze usunąć tych ludzi z rejestru własnych wspomnień.
-
Chyba już zdążyłaś zorientować się, że wypytywanie mnie nie ma najmniejszego
sensu i nie przynosi ci żadnych korzyści?
Nie odzywałam się, wciąż
wpatrywałam się w nią z osłupieniem. Nie byłam w stanie nawet się poruszyć, i
to już nie tylko dlatego, że coś mi zabraniało, ja po prostu byłam
sparaliżowana strachem. Strachem przed tym, kim była ta kobieta, a w zasadzie
istota. Czułam jak zaczynają trząść mi się ręce, po czole spływają krople potu
i byłam niemal pewna, że gdybym chciała coś powiedzieć mój strach słychać
byłoby również w każdej sylabie jaką bym wypowiedziała.
Pandora
wzdychając opuściła głowę i zamknęła oczy. Pokręciła kilka razy głową, a kiedy
wreszcie spojrzała na mnie, z jej ust padły kolejne słowa.
-
Przyjdę niedługo - odwróciła się do mnie plecami. - Pamiętaj, że mnie się nie
odmawia - i ruszyła przed siebie jak gdyby nigdy nic.
Stałam tak przez kolejne dziesięć
minut, początkowo obserwując jak kobieta oddalając się znika w mroku.
Perfekcyjnie poruszała się w wysokich, dwudziestocentymetrowych, czarnych
szpilkach. Sto procent gracji pomieszanej z wdziękiem. Co jakiś czas zakręciła
batem uderzając nim o posadzkę, czy też o powietrze i powodując głośny huk.
Gdy odzyskałam na powrót władzę
nad kończynami kontynuowałam swoją podróż do ośrodka puszczając się biegiem i
rozdzierając panującą wszem ciemność i cisze. Pragnęłam jak najszybciej znaleźć
się we własnym pokoju, zasięgnąć jakiejkolwiek pomocy literackiej i dowiedzieć
się wszystkiego o Pandorze. WSZYSTKIEGO. Następnym razem będę przygotowana.
Usłyszawszy
huk upadających śmietników obejrzałam się za siebie nadal biegnąc. Jednak w
miejscu gdzie powinnam coś zauważyć, widziałam jedynie ścianę typowej kamienicy
greckiej.
-
Uważaj! - usłyszałam obok siebie męski głos, a zaraz potem mocne szarpnięcie za
ramię. Zatrzymałam się w pół kroku wpadając na chłopaka, który trzymał mnie
mocno za koszulkę.
Przez
mój brak uwagi zapomniałam o głównej drodze przecinającej aleję, po której
biegłam. Dosłownie sekunda i wpadłabym pod przejeżdżający autobus. Ten chłopak
mnie uratował.
Odsunęłam się od nieznajomego
unosząc dłonie na wysokość barków i odpychając go lekko od siebie. Wyglądał na
nieco starszego ode mnie. Kruczoczarne włosy, nieco dłuższe niż krótkie,
sterczały na czubku głowy we wszystkie strony. Kolor jego oczu był niemalże
niedostrzegalny, prawdopodobnie były koloru brązowego. Na lekko wydłużonej
szczęce widniał kilkudniowy zarost, nieprzypadkowy - lecz idealnie zadany.
Posturę miał zbliżoną do Leona, lekko napakowany ideał kobiety, mogłam się założyć,
że pod tą czarną koszulą kryje się idealnie wyrzeźbiony sześciopak.
-
Dziękuję - skinęłam głową. - Gdyby nie Ty pewnie już jechałaby tu karetka -
zaczesałam palcami włosy za ucho.
-
Raczej zakład pogrzebowy - fakt. To akurat musiałam mu przyznać. Chyba zaczęłam
się uśmiechać, bo rozmówca odwzajemnił uśmiech. - Jak masz na imię? Masz
cudowny uśmiech.
-
Naema. - Dopiero co poznałam gościa, a on już mnie komplementuje?
-
Kilian - wyciągnął dłoń w moją stronę, a ja nieufnie nią potrząsnęłam.
Rozejrzał się dokoła po czym jego wzrok ponownie spoczął na mnie. - Dokąd tak
biegłaś? Późno jest, może Cię odprowadzę?
-
Dzięki, ale poradzę sobie - zaczęłam wycofywać się w kierunku sierocińca. - I
dziękuję za to co zrobiłeś.
Nie
dałam mu szans na pożegnanie się. Odwróciłam się szybko i upewniwszy, że nic
mnie tym razem nie przejedzie pobiegłam w stronę domu. Może i nie miałam mamy,
ale i tak nauczono mnie, że nie rozmawia się z nieznajomymi. Zwłaszcza takimi,
którzy zachowują się podejrzanie. A on stanowczo nie zachowywał się jak
nastolatek z Wolos.
Po paru minutach zatrzymałam się i
wyjęłam z kieszeni telefon, choć bliżej było mu do cegły niż do komórki i tak
sprawował się całkiem nieźle. Mogłam SMS-ować i rozmawiać, więc nie było
najgorzej. Ba, nawet czasem mogłam pograć w Snake'a.
Wybrałam
szybko kontakt z przypisaną nazwą "Moja gnida <3" i nacisnęłam
zieloną słuchawkę. Po kilku sygnałach odezwał się głos przyjaciółki po drugiej
stronie.
-
Halo?
-
Hej, sorki że dzwonię, ale mam sprawę, nie śpisz jeszcze? - zagryzłam dolną
wargę czekając na odpowiedź.
-
Stara, jest dwudziesta, dlaczego myślisz, że o tej godzinie śpię? - pytanie
retoryczne, nie odezwałam się. - No co tam chcesz?
-
Mogłabym podejść do Ciebie?
-
Coś się stało? - wyczułam w jej głosie minimalne zmartwienie.
-
Musisz mi dać krótką lekcję mitologii greckiej, moja chodząca encyklopedio
wiedzy - uśmiechnęłam się sama do siebie.
-
Pandora?
-
Tak.
-
Ok.
Rozłączyłam się i znów ruszyłam
biegiem, tym razem w innym kierunku. Od nowego domu Kamary dzieliło mnie
niewiele. Raptem parę minut spacerkiem. Wolos to naprawdę małe miasteczko,
wszystkich mam tuż za rogiem. Założę się, że Leon też mieszka gdzieś
niedaleko.
Gdy
dotarłam do wyznaczonego miejsca zadzwoniłam dzwonkiem do drzwi. Natychmiast
rozległ się dźwięk świergotu kanarków. Uroczy ludzie, naprawdę, aż uśmiechnęłam
się sama do siebie. Musiałam wyglądać bardzo dziwnie kiedy Kamara otworzyła
drzwi, bo minę miała nietęgą.
-
Cześć... - lekko załamujący się głos przyjaciółki nie sygnalizował niczego
dobrego.
-
Co jest? - zmarszczyłam czoło zbliżając się minimalnie.
-
Naema, przepraszam, ale nie mogę - wzięła głęboki wdech a z jej oczu pociekły
ciurkiem łzy skapujące teraz kropla po kropli na wycieraczkę tuż przed nią.
-
Kamara no co Ty - wyciągnęłam dłoń w jej kierunku, ale nie zdążyłam jej złapać.
Nim moja ręka dosięgła ramienia przyjaciółki, zatrzasnęła przede mną drzwi.
Jednym susem dopadłam klamki i spróbowałam otworzyć drzwi. - Kamara otwórz,
porozmawiajmy!
Czułam,
że coś jest nie tak. Ona płakała tylko w wyjątkowych sytuacjach. Była twarda
jak kamień, mało co ją ruszało. A fakt, że nie chciała ze mną porozmawiać, tym
bardziej mnie zmartwił, ona nigdy się tak nie zachowywała.
-
Kamara, do cholery pogadajmy - kilkukrotnie pukałam i szarpałam za klamkę. Nic.
Żadnej reakcji.
Miałam jeszcze jedną deskę
ratunku. Pokój rudowłosej znajdował się na poddaszu. Mogłam podejść do
północnej elewacji i wdrapać się po rusztowaniu, które prawdopodobnie nadal
znajdowało się pod jej oknem. Obeszłam dom dokoła i z ogromnym rozczarowaniem
przekonałam się, że żadnego rusztowania już tam nie było. Wszystko zostało
ładnie posprzątane.
Zaczęłam
rozglądać się dokoła, szukając jakiejkolwiek rzeczy mogącej mi pomóc dostać się
na pierwsze piętro. Moją uwagę przyciągnęła leżąca na ziemi drewniana krata,
przygotowana prawdopodobnie do sadzenia winorośli. Trochę się napociłam, żeby
przytaszczyć na wyznaczone miejsce, ale się udało.
Minuta. Minuta dzieliła mnie aby
przekonać się co się stało Kamarze. Wchodziłam bardzo ostrożnie, szczebel po
szczebelku. Jak na złość w pewnym momencie drewno złamało się pod ciężarem i
runęłam na ziemię. Zaparło mi dech w piersi. Nie mogłam się ruszyć.
Gdy
wreszcie odetchnęłam, wstałam z ogromnym bólem i stwierdziłam, że po prostu
wejdę przez okno na parterze. Jeśli takowe będzie gdziekolwiek otwarte.
Ponownie obeszłam dom dokoła. Tym razem szczęście się do mnie uśmiechnęło -
okno w salonie było otwarte na oścież. Podeszłam do niego i jednym szarpnięciem
rozsunęłam wiszące tam firanki.
To co zobaczyłam złamało mi serce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz