wtorek, 15 maja 2018

Rozdział 7


"Cza­sami strach sta­nowi os­trzeżenie. To jak­by ktoś położył ci dłoń na ra­mieniu, mówiąc: Nie idź dalej."
Luanne Rice

Na kanapie przed telewizorem widziałam dwie postacie. Kamara leżała z głową opartą o kolana drugiej osoby, która bawiła się jej rudymi włosami nakręcając na palce poszczególne kosmyki.
Szarpnięcia firankami ciężko było nie dostrzec, także obie pary oczu spoczęły na moich, napływających łzami. Odwróciłam się gwałtownie i kolejny raz tego wieczoru zaczęłam biec. Nie ważne było gdzie. Byleby przed siebie.
Tym razem nogi poniosły mnie aż do samego portu. Płakałam. To wybitnie nie był mój dzień. Ocierając podpuchnięte oczy skierowałam się w stronę pirsu. Przechodząc obok zacumowanych łodzi dostrzegałam wiele możliwości. A gdyby tak ukraść jeden z jachtów wypływając z zatoki na pełne morze? W kierunku wschodzącego słońca. Tam gdzie nikt już mnie nie skrzywdzi?
Siadając po turecku na samym brzegu  pirsu, wyciągnęłam ręce za siebie i podparłam dłońmi. Obserwowałam piękny księżyc, który o tej porze górował na nieboskłonie odbijając się w gładkiej tafli wody. Mogłabym spędzić tu całą noc.
- Co tu robisz? Nie powinnaś już być w domu? - usłyszałam za sobą znajomy głos. Odchyliłam leniwie głowę do tyłu by spojrzeć na mężczyznę stojącego za mną. Do góry nogami wciąż prezentował się zabójczo.
- A Ty przypadkiem nie jesteś jakimś detektywem? - rzuciłam od niechcenia gdy kucnął obok mnie.
- Ja? Czemu? - przekrzywił głowę, przez co wyglądał jak pies, który nie rozumiał otaczającej go przestrzeni.
- Mam wrażenie, że mnie śledzisz - mój głos brzmiał nad wyraz spokojnie. Wyprany z emocji, z nutą kompletnej obojętności.
- Po prostu oboje znaleźliśmy się o tej samej porze i w tym samym miejscu - uśmiechnął się kładąc mi dłoń na ramieniu. Nie strząsnęłam jej. W tym momencie nic kompletnie mnie nie obchodziło. Nawet jeśli Kilian okaże się seryjnym mordercą, to co z tego? Los i tak szykował dla mnie kolejny powrót Pandory.
Przedłużającą się ciszę przerwał mężczyzna.
- Coś się stało? - zapytał zmartwiony patrząc na mnie.
- A czemu miało się coś stać? - kolejna beznamiętna odpowiedź.
- Bo wyglądasz jakbyś płakała.
- Myślę, że to nie powinno Cię obchodzić - zrzuciłam jego dłoń i wstałam. - Kompletnie Cię nie znam, a Ty zachowujesz się jakbyśmy byli dobrymi przyjaciółmi. Kim Ty w ogóle jesteś? - oparłam dłonie na biodrach i oczekiwałam na nadchodzącą odpowiedź.
Jednak nie doczekałam się jej. Chłopak wstał, przysuwając się niebezpiecznie blisko mojej klatki piersiowej. Naruszał moją przestrzeń życiową. Mimo to nadal stałam niewzruszona. Musiałam nieco unieść podbródek, z tak bliska oczy miałam na wysokości jego barków, zrozumiałe, że wyglądałam przy nim niemalże jak karzeł.
- Nieznajomym - ledwo co dosłyszałam wypowiedziane przez niego słowo, topiąc się w jego bezgranicznie ciemnych oczach i zabójczym uśmiechu.
Czy on musi być taki przystojny? Ciężko mi utrzymać tego cholernego poker face'a kiedy tak blisko mnie stoi.
- To geniuszu sama zauważyłam - Kilian wzruszył ramionami, a ja wymijając go zaczęłam iść w kierunku miasta.
- Ej, tak bez pożegnania?
- Bywaj! - krzyknęłam machając mu dłonią na pożegnanie, nawet się nie odwracając.
- A jakiś buziak?! - uśmiechnęłam się pod nosem.
Cholerny podrywacz.
- No to może Cię odprowadzę?! - przystanęłam na moment i odwróciłam się w kierunku, jak on to siebie określił, nieznajomego. Przydałby mi się ktoś taki jak on. Wystarczyło mi emocji jak na jedną noc, a Kilian wyglądał na dobrego ochroniarza.
- Serio chce Ci się? - odkrzyknęłam. Musieliśmy wyglądać przekomicznie drąc się na siebie, w środku nocy, w porcie. Jestem pewna, że gdyby ktoś spał w jednej z tych łodzi, na bank byśmy go obudzili. 
- No pewnie - oznajmił normalnym głosem, gdy podszedł bliżej mnie.
- Ostrzegam - na mojej twarzy zagościł zadziorny uśmiech. - To kawałek stąd.
- Mamy całą noc.
I poszliśmy. Kilian skutecznie odrywał moje myśli od Pandory i Kamary. Na samo wspomnienie tych pustych, mrożących krew w żyłach, oczu strach paraliżował moje ciało. Strach, ale także podziw. Pragnęłam poznać ją bliżej, jej sztuczki, jej charakter, jej moc. Była cholernie przyciągająca. Też chciałam taka być. To był mój klucz do wolności. Lub do piachu. Pięćdziesiąt procent szans na zajebiste zakończenie. Byłam gotowa podjąć to ryzyko. Gdy nic cię nie trzyma w granicach twojej egzystencji, masz prawdziwą szansę na przekroczenie swoich możliwości.
A Kamara? To już inna historia.
- A więc gdzie mieszkasz? - padło pytanie. Liczyło się moje być albo nie być w tym momencie. Choć przed Kilianem nie musiałam niczego udawać. Był fantastyczny, jego wygląda, zachowanie, ale byłam o wiele za młoda, a on o wiele dojrzalszy. Nie miałam szans nawet gdybym chciała. Więc po co było komplikować sytuację? Drugiej takiej, jak z Leonem, nie musiałam przeżywać.
- W bidulu - rzuciłam kompletnie od niechcenia. Mimo wszystko kątem oka obserwowałam reakcję mojego towarzysza.
- Nie masz żadnej rodziny? - zmarszczył brwi.
- Nie mam bladego pojęcia. Ale skoro tam jestem, to chyba oznacza, że nikogo nie obchodzę - wzruszyłam ramionami. - Ale to nic. Przywykłam - spojrzałam na chłopaka. Nie mogłam odczytać wyrazu jego twarzy, z jednej strony minimalnie dostrzegałam smutek, z drugiej niekrytą ciekawość.
- Jak tam jest? Dobrze Cię traktują? Czy jest ktoś kogo możesz nazywać siostrą, bratem, wujkiem? Masz jakieś godziny policyjne? Od kiedy w zasadzie tam jesteś? - zostałam zasypana gradem pytań. Nie nadążałam ich przetwarzać, a co dopiero odpowiadać na nie.
Stanęłam szybko przed czarnowłosym mężczyzną i zakryłam mu usta dłonią. Nie odepchnął mnie, nie poślinił mi dłoni, nie ugryzł. Najnormalniej w świecie stał z nowo przybranym wyrazem twarzy mówiącym "O co chodzi?" i oczekiwał na moją reakcję.
- Spokojnie, bo mi się obwody przepalają - krótko zaśmiałam się, ale gdy ponownie ujrzałam jak przechyla głowę na bok, jak wtedy w Zatoce, postanowiłam mu wyjaśnić. - Za dużo pytań na raz - uśmiech nie schodził mi z twarzy. Ręce z jego ust - owszem. On był naprawdę fajnym gościem.
- Aaa - zaśmiał się i podrapał w tył głowy, tak jak to robią w tych japońskich bajkach - przepraszam. 
Dalej wędrowaliśmy po opustoszałych uliczkach Wolos, a ja stwierdziłam, że co nieco mogę mu opowiedzieć jak to wygląda z pierwszej ręki.
- Krótko mówiąc nie jest tam za ciekawie, raczej nie ma ogólnej miłości i akceptacji jak w normalnych domach. Rodzeństwa są rozdzielane, a innych ciężko tak nazywać, a przynajmniej ja nie mam kogo tak nazywać - spuściłam wzrok na samą myśl o przyjaciółce. O ile nadal mogę ją tak nazywać.
- Mhm - mruknął tylko, czekając na dalszą część historii.
- Dyrektorka jest okropna, choć gra dobrą duszyczkę na co dzień i mało kto wie, jaka jest na prawdę.
- To znaczy jaka? - oczywiście musiał być zainteresowany tym czym nie potrzeba.
- Legendy głoszą - zaczęłam poważnie, modulując głos, ale nie mogłam kontynuować. Śmiech wywołany miną Kiliana mnie rozbroił, musiałam kontynuować normalnie. - Nie no generalnie to kiedyś, ktoś ją poparzył. Ma jebitną spaleniznę na twarzy. I chyba niedowidzi na jedno oko. I teraz ma obsesję na krzywdzeniu innych - zauważyłam wzrok chłopaka, ściągnął brwi i naprawdę nie wyglądał na zadowolonego. Nie dałam mu dojść do słowa, kontynuowałam. - Nie można jej wchodzić w drogę, inaczej okalecza swoich podopiecznych - na dowód swoich słów uniosłam rękaw czarnej koszuli, ukazując rany i blizny, które widniały na bladej skórze przedramienia.
- Przecież to karalne, dlaczego tego nie zgłosisz? - jego ton głosu brzmiał praktycznie, jakby oskarżał mnie o brak kompetencji.
- Myślisz, że nikt nie próbował? - starałam się bronić. Nie należę do tych, którzy dają sobą pomiatać, a tym bardziej do nie ogarniętych umysłowo. - Oczywiście, że wielu z nas już niejednokrotnie wspominało o tym nauczycielom, wychowawcom, pedagogom. Jedna dziewczyna poszła nawet na policję.
- I?
- I nic. Uznali to za próby samobójcze. Za samookaleczenia. Zamietli sprawę pod dywan, najpierw serwując moim kolegom i koleżankom niezłe kazania i pranie mózgu. To skutecznie nas zniechęciło do prób - wykrzywiłam usta w grymasie.
Po chwili ciszy, która nastała między nami głośno westchnęłam. Doszliśmy na miejsce. Stanęłam przed jak zwykle zamkniętą bramą i odwróciłam się w stronę chłopaka, który stał teraz obok mnie.
- To tutaj? - zapytał wskazując na niezbyt przyjaźnie wyglądającą bramę. Widząc moją minę, po tym jak pokiwałam głową, dodał - jak w więzieniu.
- Dzięki, pocieszyłeś mnie - zaśmiałam się poklepując go po ramieniu. I mimo, że powiedziałam to cholernie sarkastycznie, bardzo poprawił mi dzisiejszy humor.
- Kto tam?! Środek nocy cholera, a głupie dzieciaki, nie mogą przychodzić normalnie do domu - stary zrzęda znów szedł w naszą stronę oślepiając nas swoją latarką. 
- To tylko ja Marcel - rzuciłam krótko zasłaniając twarz ręką, to światło było zabójcze o tej porze.
- To znowu Ty, Orfano? - gdyby jeszcze, znał moje imię, to słowo "Ty" miałoby jeszcze jakiś wydźwięk. Teraz zamiast na mnie, skierował swoją latarkę na Kiliana, który stał niewzruszony. - A ten?
- Nie twoja sprawa, on już idzie - spojrzałam wymownie na chłopaka obok mnie kiedy brama zaczęła się otwierać.
- Właź - szarpnął mnie za ramię, wciągając na teren ośrodka i skierował swoje zabójcze spojrzenie na Kiliana. - A ty zjeżdżaj stąd, smarkaczu.
Chłopak tylko spojrzał na mnie i na zaciskającą się na moim ramieniu dłoń Marcela.
- Nie dosłyszałeś, chłopcze? Mam Ci to przeliterować?
- Puść ją - rzucił Kilian, nadal stojąc w tym samym miejscu, nie ruszając się nawet o milimetr.
- A Ty co? Z drzewa się urwałeś? Kim Ty jesteś, by wydawać mi rozkazy? - Marcel był widocznie wściekły. Szydzenie z innych to jego sposób na odreagowanie stresów dnia codziennego - choć, ja nie wiedziałam jakie on mógł mieć stresy pracując jako ochroniarz w portierni. Pyskujące dzieciaki? - Nie słyszysz? Spadaj stąd! - Marcel już podniósł drugą rękę na chłopaka, ale ten złapał go zręcznie za nadgarstek nim ten zdążył zrobić cokolwiek.
Widziałam powoli zaciskającą się pięść chłopaka, która trwała przy lewej nogawce jego spodni. Był wściekły. Podszedł do Marcela tak, by ich wzrok dzieliło zaledwie kilka centymetrów.
- Zo-staw-ją - przesylabizował dobitnie Kilian jakby był przekonany, że ktoś taki jak Marcel nie zrozumie ani jednego słowa, które wypowiadał w jego kierunku.
Marcel zwolnił uścisk, natychmiast rozmasowałam bolące miejsce i odsunęłam się od mężczyzny. Ochroniarz zdawał się naprawdę nie rozumieć słów. Przeraźliwy strach emanował z całej jego postawy. Z oczu przepełnionych łzami, drżących nóg, a nawet z cichych jęków wydobywających się bezwolnie z gardła mężczyzny. Wyglądało to dość strasznie z mojej perspektywy. Nawet trochę bym mu współczuła, gdyby nie fakt, że znałam go od dawna i wiedziałam do czego jest zdolny. Dobrze tak śmieciowi.
- Kilian... - złapałam chłopaka za skrawek czarnej bluzki. Chłopak od razu na mnie spojrzał. - Wystarczy... - wypowiedziałam cicho, beznamiętnie.
Jego oczy dawały mi jasny przekaz - mimo kilku godzin spędzonych w jego obecności, już stałam się częścią jego świata, a on nie pozwala nikogo, kogo tam wpuścił, skrzywdzić.
Kilian opamiętał się i puścił Marcela, który runął na ziemię. Skulił się podciągając kolana pod klatkę piersiową i oplatając je ramionami. Cały drżał, a ja wpatrywałam się w mężczyznę stojącego obok mnie.
Co on mu zrobił? 

piątek, 4 maja 2018

Rozdział 6


Nie chciałam się odwracać. Znałam ten głos. Wiedziałam do kogo należał. Odwrócenie się na pięcie oznaczałoby konfrontację, a ja bardzo chciałam jej w tym momencie uniknąć. Niestety nie mogłam. Coś w mojej głowie kazało mi się zatrzymać i spojrzeć na osobę stojącą tuż za moimi plecami. Najdziwniejsza chwila z jaką przyszło mi się kiedykolwiek zmierzyć to ta, w której moje ciało odmówiło mi posłuszeństwa i uległo osobie stojącej teraz już naprzeciwko mnie. Utkwiłam wzrok w czarnych jak smoła oczach. Wściekłość zaczęła przepełniać moje ciało. Dała mi trzy cholerne dni, nie kurwa jeden.
- Czego chcesz? - fuknęłam na nią. Z jakiś dziwnych przyczyn na usta cisnęły mi się same przekleństwa.
- Zapomniałam o czymś ostatnio ci powiedzieć bestyjko - jadowity uśmiech wypełzł na jej twarz. Wyglądała naprawdę przerażająco gdy jej ciało spowijała ciemność, a w tych czarnych jak smoła oczach pojawiały się co chwilę małe ogniki. Nie czekała na moją odpowiedź, z resztą nawet nie mogłam się odezwać. Miałam wrażenie, że usta mam zasznurowane niewidzialnymi nićmi, które skutecznie uniemożliwiały mi rozmowę. - Nie wspominaj o tym spotkaniu nikomu - oczy rozbłysnęły jej czerwienią - nie chciałabyś chyba, aby komuś stała się krzywda?
Pandora podeszła do mnie, rozkoszowała się widokiem swojej mocy, która tak doskonale zadziałała na moje ciało. Nasze twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów, poczułam na skórze gorąco bijące od tej kobiety, identycznie jak poprzednim razem. Wyciągnęła dłoń ku mojej twarzy i przeciągając paznokciami po policzku rozcięła mi skórę. Poczułam napływającą krew, która już po chwili kroplami ściekała po skórze zostawiając na czerwono zabarwioną ścieżkę. Nie bolało. Minimalnie szczypało. To co przeżyłam z Aimą skutecznie przygotowało mnie na takie sytuacje. Wciąż spokojnie stałam wpatrując się w istotę stojącą przede mną. Mimo wzbierającej we mnie złości, nie miałam jak jej uzewnętrznić.
Poczułam jak zdolność mowy powraca, nim całkowicie mogłam się wysłowić minęło kilkanaście sekund. Musiałam w tym czasie obmyślić plan, co mogę a czego nie powinnam mówić. 
- Co jeśli nie zgodzę się na współpracę z Tobą? - postanowiłam odciągnąć ją od tematu, nie chciałam aby dowiedziała się o Kamarze.
- Wtedy zniszczę wszystko co kochasz - wzruszyła ramionami - aby już nic nie trzymało Cię w tym miejscu - brzmiała jakby właśnie stwierdziła, że woli zagrać w chińczyka niż w monopoly, a nie jak ktoś kto właśnie wydał wyrok na kilkoro ludzi.
Nie przewidywałam takiego obrotu spraw. Chyba jednak za mało doświadczyłam w życiu, aby mierzyć się z kimś takim. Jej ruchy ciała, mimika twarzy - wszystko dostosowywała w mgnieniu oka do potrzeb, które narzucała sytuacja. Przełknęłam ślinę i spróbowałam zabrzmieć, jakby nie ruszyło mnie jej stwierdzenie.
- Musiałabyś zniszczyć cały świat - uśmiechnęłam się wymuszając drwiący uśmiech na twarzy. Prawdopodobnie nie wyglądał zbyt przekonująco, bo Pandora tylko się roześmiała. 
Kiedy przestała już ze mnie szydzić, na ulicę ponownie powróciła cisza i spokój. Pandora zamachnęła się ręką, policzkując mnie grzbietem dłoni. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji, pustka bijąca od kobiety mroziła mi krew w żyłach. Nie ruszyłam się, nic nie powiedziałam. Poruszyłam głową dopiero gdy zaczęła coś do mnie mówić, wzrok skierowałam wprost na te jadowite usta.
- Nie kłam. Masz straszną przypadłość. Kłamstwo jest dobre, tylko wtedy gdy potrafisz go używać w odpowiednich okolicznościach i z prawidłowym wykonaniem. To było żałosne - opuściła rękę. - Wiem, że twoimi przyjaciółmi są Aleksander i Kamara. Wiem, że chłopakiem, który ci się podoba jest Leonard. Wiem, że nienawidzisz dyrektorki sierocińca, która ponownie okaleczyła cię dzień przed moim pierwszym przybyciem. Wiem z kim rozmawiasz i co jadasz na śniadanie. Ja w przeciwieństwie do ciebie wiem o tobie wszystko - znów ten drwiący uśmiech. No tak, Kamara mówiła, że powinnam się przygotować. Ja nic o niej nie wiedziałam, a ona? Ona była perfekcyjnie przygotowana. Kto to do cholery jest?
- Kim są moi rodzice? - wypowiedziałam beznamiętnie. Skoro wie wszystko, niech to udowodni. Chyba zdołałam ją nieco zbić z tropu. Wydawała się zdezorientowana.
- Dowiesz się w swoim czasie - syknęła przez zęby.
- Żyją? - w sierocińcu mówili, że ojciec to pijak, który utopił się we własnych wymiocinach, bo nie był w stanie poruszyć się gdy upił się do nieprzytomności, a matka narkomanka, zaćpała się zaraz po tym jak odniosła mnie na próg tego cholernego Domu Dziecka.
Cisza, która zaległa między nami po padnięciu tego pytania była nierealna. Wszystko zostało wygłuszone - zwierzęta buszujące nocą, samochody poruszające się po głównej ulicy zaledwie kilka przecznic dalej, nawet wiatr zdawał się nie poruszać, nie wyczuwałam żadnego, choćby najmniejszego, podmuchu. 
Perfidny uśmiech, który wypełzł spod maski Pandory wkradł się do mojego umysłu. Ból przeszywający głowę był niewyobrażalny. Zrozumiałam, że nie powinnam pytać, w ogóle nie powinnam poruszać tego tematu. Co mnie obchodzi czy żyją? Są nikim. Tak, nikim. Muszę raz na zawsze usunąć tych ludzi z rejestru własnych wspomnień. 
- Chyba już zdążyłaś zorientować się, że wypytywanie mnie nie ma najmniejszego sensu i nie przynosi ci żadnych korzyści?
Nie odzywałam się, wciąż wpatrywałam się w nią z osłupieniem. Nie byłam w stanie nawet się poruszyć, i to już nie tylko dlatego, że coś mi zabraniało, ja po prostu byłam sparaliżowana strachem. Strachem przed tym, kim była ta kobieta, a w zasadzie istota. Czułam jak zaczynają trząść mi się ręce, po czole spływają krople potu i byłam niemal pewna, że gdybym chciała coś powiedzieć mój strach słychać byłoby również w każdej sylabie jaką bym wypowiedziała.
Pandora wzdychając opuściła głowę i zamknęła oczy. Pokręciła kilka razy głową, a kiedy wreszcie spojrzała na mnie, z jej ust padły kolejne słowa.
- Przyjdę niedługo - odwróciła się do mnie plecami. - Pamiętaj, że mnie się nie odmawia - i ruszyła przed siebie jak gdyby nigdy nic.
Stałam tak przez kolejne dziesięć minut, początkowo obserwując jak kobieta oddalając się znika w mroku. Perfekcyjnie poruszała się w wysokich, dwudziestocentymetrowych, czarnych szpilkach. Sto procent gracji pomieszanej z wdziękiem. Co jakiś czas zakręciła batem uderzając nim o posadzkę, czy też o powietrze i powodując głośny huk.
Gdy odzyskałam na powrót władzę nad kończynami kontynuowałam swoją podróż do ośrodka puszczając się biegiem i rozdzierając panującą wszem ciemność i cisze. Pragnęłam jak najszybciej znaleźć się we własnym pokoju, zasięgnąć jakiejkolwiek pomocy literackiej i dowiedzieć się wszystkiego o Pandorze. WSZYSTKIEGO. Następnym razem będę przygotowana. 
Usłyszawszy huk upadających śmietników obejrzałam się za siebie nadal biegnąc. Jednak w miejscu gdzie powinnam coś zauważyć, widziałam jedynie ścianę typowej kamienicy greckiej.
- Uważaj! - usłyszałam obok siebie męski głos, a zaraz potem mocne szarpnięcie za ramię. Zatrzymałam się w pół kroku wpadając na chłopaka, który trzymał mnie mocno za koszulkę.
Przez mój brak uwagi zapomniałam o głównej drodze przecinającej aleję, po której biegłam. Dosłownie sekunda i wpadłabym pod przejeżdżający autobus. Ten chłopak mnie uratował. 
Odsunęłam się od nieznajomego unosząc dłonie na wysokość barków i odpychając go lekko od siebie. Wyglądał na nieco starszego ode mnie. Kruczoczarne włosy, nieco dłuższe niż krótkie, sterczały na czubku głowy we wszystkie strony. Kolor jego oczu był niemalże niedostrzegalny, prawdopodobnie były koloru brązowego. Na lekko wydłużonej szczęce widniał kilkudniowy zarost, nieprzypadkowy - lecz idealnie zadany. Posturę miał zbliżoną do Leona, lekko napakowany ideał kobiety, mogłam się założyć, że pod tą czarną koszulą kryje się idealnie wyrzeźbiony sześciopak.
- Dziękuję - skinęłam głową. - Gdyby nie Ty pewnie już jechałaby tu karetka - zaczesałam palcami włosy za ucho.
- Raczej zakład pogrzebowy - fakt. To akurat musiałam mu przyznać. Chyba zaczęłam się uśmiechać, bo rozmówca odwzajemnił uśmiech. - Jak masz na imię? Masz cudowny uśmiech.
- Naema. - Dopiero co poznałam gościa, a on już mnie komplementuje?
- Kilian - wyciągnął dłoń w moją stronę, a ja nieufnie nią potrząsnęłam. Rozejrzał się dokoła po czym jego wzrok ponownie spoczął na mnie. - Dokąd tak biegłaś? Późno jest, może Cię odprowadzę?
- Dzięki, ale poradzę sobie - zaczęłam wycofywać się w kierunku sierocińca. - I dziękuję za to co zrobiłeś.
Nie dałam mu szans na pożegnanie się. Odwróciłam się szybko i upewniwszy, że nic mnie tym razem nie przejedzie pobiegłam w stronę domu. Może i nie miałam mamy, ale i tak nauczono mnie, że nie rozmawia się z nieznajomymi. Zwłaszcza takimi, którzy zachowują się podejrzanie. A on stanowczo nie zachowywał się jak nastolatek z Wolos.
Po paru minutach zatrzymałam się i wyjęłam z kieszeni telefon, choć bliżej było mu do cegły niż do komórki i tak sprawował się całkiem nieźle. Mogłam SMS-ować i rozmawiać, więc nie było najgorzej. Ba, nawet czasem mogłam pograć w Snake'a.
Wybrałam szybko kontakt z przypisaną nazwą "Moja gnida <3" i nacisnęłam zieloną słuchawkę. Po kilku sygnałach odezwał się głos przyjaciółki po drugiej stronie.
- Halo?
- Hej, sorki że dzwonię, ale mam sprawę, nie śpisz jeszcze? - zagryzłam dolną wargę czekając na odpowiedź.
- Stara, jest dwudziesta, dlaczego myślisz, że o tej godzinie śpię? - pytanie retoryczne, nie odezwałam się. - No co tam chcesz?
- Mogłabym podejść do Ciebie?
- Coś się stało? - wyczułam w jej głosie minimalne zmartwienie.
- Musisz mi dać krótką lekcję mitologii greckiej, moja chodząca encyklopedio wiedzy - uśmiechnęłam się sama do siebie.
- Pandora?
- Tak.
- Ok.
Rozłączyłam się i znów ruszyłam biegiem, tym razem w innym kierunku. Od nowego domu Kamary dzieliło mnie niewiele. Raptem parę minut spacerkiem. Wolos to naprawdę małe miasteczko, wszystkich mam tuż za rogiem. Założę się, że Leon też mieszka gdzieś niedaleko. 
Gdy dotarłam do wyznaczonego miejsca zadzwoniłam dzwonkiem do drzwi. Natychmiast rozległ się dźwięk świergotu kanarków. Uroczy ludzie, naprawdę, aż uśmiechnęłam się sama do siebie. Musiałam wyglądać bardzo dziwnie kiedy Kamara otworzyła drzwi, bo minę miała nietęgą.
- Cześć... - lekko załamujący się głos przyjaciółki nie sygnalizował niczego dobrego.
- Co jest? - zmarszczyłam czoło zbliżając się minimalnie.
- Naema, przepraszam, ale nie mogę - wzięła głęboki wdech a z jej oczu pociekły ciurkiem łzy skapujące teraz kropla po kropli na wycieraczkę tuż przed nią.
- Kamara no co Ty - wyciągnęłam dłoń w jej kierunku, ale nie zdążyłam jej złapać. Nim moja ręka dosięgła ramienia przyjaciółki, zatrzasnęła przede mną drzwi. Jednym susem dopadłam klamki i spróbowałam otworzyć drzwi. - Kamara otwórz, porozmawiajmy!
Czułam, że coś jest nie tak. Ona płakała tylko w wyjątkowych sytuacjach. Była twarda jak kamień, mało co ją ruszało. A fakt, że nie chciała ze mną porozmawiać, tym bardziej mnie zmartwił, ona nigdy się tak nie zachowywała.
- Kamara, do cholery pogadajmy - kilkukrotnie pukałam i szarpałam za klamkę. Nic. Żadnej reakcji.
Miałam jeszcze jedną deskę ratunku. Pokój rudowłosej znajdował się na poddaszu. Mogłam podejść do północnej elewacji i wdrapać się po rusztowaniu, które prawdopodobnie nadal znajdowało się pod jej oknem. Obeszłam dom dokoła i z ogromnym rozczarowaniem przekonałam się, że żadnego rusztowania już tam nie było. Wszystko zostało ładnie posprzątane. 
Zaczęłam rozglądać się dokoła, szukając jakiejkolwiek rzeczy mogącej mi pomóc dostać się na pierwsze piętro. Moją uwagę przyciągnęła leżąca na ziemi drewniana krata, przygotowana prawdopodobnie do sadzenia winorośli. Trochę się napociłam, żeby przytaszczyć na wyznaczone miejsce, ale się udało.
Minuta. Minuta dzieliła mnie aby przekonać się co się stało Kamarze. Wchodziłam bardzo ostrożnie, szczebel po szczebelku. Jak na złość w pewnym momencie drewno złamało się pod ciężarem i runęłam na ziemię. Zaparło mi dech w piersi. Nie mogłam się ruszyć.
Gdy wreszcie odetchnęłam, wstałam z ogromnym bólem i stwierdziłam, że po prostu wejdę przez okno na parterze. Jeśli takowe będzie gdziekolwiek otwarte. Ponownie obeszłam dom dokoła. Tym razem szczęście się do mnie uśmiechnęło - okno w salonie było otwarte na oścież. Podeszłam do niego i jednym szarpnięciem rozsunęłam wiszące tam firanki.
To co zobaczyłam złamało mi serce.