poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Rozdział 5



"Praw­da jest dziw­niej­sza od fik­cji, a to dla­tego, że fik­cja mu­si być prawdopodobna. Praw­da - nie."
Mark Twain

Wieść o tym, że Aima okaleczyła kolejną osobę rozeszła się z prędkością światła. Zupełnie jakby ktoś widział tę scenę z bliska. Choć to oczywiście nie było potrzebne. Sam fakt, że mamy zakaz noszenia bluzek z długimi rękawami wewnątrz budynku jest wystarczający. Dyrektorka chodzi na co dzień ze szpecizną na twarzy, więc dlaczego jej podopieczni mają ukrywać swoje?
Dalsza część dnia upłynęła zadziwiająco spokojnie. Zjadłam na stołówce obiadokolację, pogadałam z kilkoma znajomymi i najzwyczajniej w świecie poszłam do swojego pokoju, który dzieliłam niegdyś z Kamarą. Teraz drugie łóżko stało puste, czekając na nowego właściciela. Rzuciłam się na idealnie przykrytą pościel, zaburzając jej piękno. Byłam przyzwyczajona do ran, tak wiele razy się spóźniałam, psociłam i buntowałam, że nie mogłabym spamiętać ile tego było, za to zawsze pozostawało mi policzenie blizn. Praktyczny i bardzo nieprzyjemnym sposób zapamiętania liczb.
Nie miałam ochoty tego dnia na naukę czy odrabianie lekcji. Dałam się objąć Morfeuszowi, aby po chwili zasnąć w jego objęciach.
Tej nocy po raz pierwszy odwiedziła mnie kobieta w gorsecie z wylewającymi się piersiami, rogami na głowie i batem w dłoniach. Obudziło mnie nadmierne gorąco, które nawet jak na Grecję było zbyt piekielne. Noce były tu ciepłe, ale bez przesady. Otwierając oczy spostrzegłam postać kobiety siedzącej na obrotowym krześle przy biurku. Gwałtownie usiadłam na łóżku przecierając oczy wierzchem dłoni. Gdy dotarła do mnie wiadomość, że to co widzę nie jest ani snem, ani halucynacją, odważyłam się otworzyć usta.
- Kim jesteś? - dało się słyszeć w moim głosie nutę przerażenia.
- Jestem Pandora. Miło Cię poznać - uśmiechnęła się odsłaniając białe zęby i podając mi dłoń na przywitanie. Nie sięgnęłam po nią. Po pierwsze była zbyt daleko, po drugie byłam sparaliżowana strachem.
- Czego chcesz? - wypytywałam dalej.
- Oj Naema, Naema. Powinnaś się przedstawić zanim zadasz jakiekolwiek pytanie - westchnęła przeciągle. - No trudno - klepnęła dłońmi w uda i wstała. - Pragnę tylko współpracy z Tobą. Za trzy dni masz urodziny. Zastanów się nad propozycją, którą Ci oferuję.
Po czym dosłownie spłonęła w znikąd pojawiających się płomieniach, które omiotły całe jej ciało w jednej sekundzie. Oddychałam ciężko. Mnie? Współpracy ze mną? Jakiej współpracy? Co za Pandora?
Resztę nocy spędziłam na próbach skojarzenia tej kobiety z kimkolwiek kogo mogłabym znać. Na pytaniach bez odpowiedzi i bezsensownym przeszukiwaniu najgłębszych zakamarków mojej pamięci. Zero. Zero przydatnych informacji. Zaczęłam zastanawiać się czy opowiedzieć o tym Kamarze i Aleksowi. Czy oni w ogóle uwierzą, czy będą przekonywać mnie, że to wszystko to tylko sen? Zapewne to drugie.
Mimo niewyspania i problemów z koncentracją nad ranem trzeba było zwlec się z wyra i przygotować do kolejnego nudnego dnia w szkole. Nic trudnego - zjeść śniadanie, umyć się, ubrać - proste czynności, a i tak sprawiły mi nie lada trudności. Pomyliłam szampon z pilingiem do ciała i następne piętnaście minut wygrzebywałam z włosów drobinki, które zdążyłam wmasować w skórę głowy, owsiankę próbowałam jeść widelcem zanim koleżanka nie pomachała mi ręką przed twarzą i zwróciła na siebie uwagę, a o ciuchach nie ma co wspominać, nawet mimo moich wszelkich starań skupienia uwagi na ubraniu się, założyłam spodenki nie tylko na lewą stronę, ale udało mi się nawet tył na przód.
Po wizycie Pandory wszystko wydawało się jedynie snem. Kiedy przez prawie piętnaście lat żyjesz w normalnych świecie i nagle coś takiego przeżywasz - nie da się funkcjonować tak jak przedtem.
- Naema? Wszystko w porządku? - pytanie rudowłosej przyjaciółki wyrwało mnie z zamyśleń kiedy jechałyśmy jak zwykle żółtym autobusem w kierunku greckiego gimnazjum.
- Tak, chyba tak - zmarszczyłam brwi spoglądając na nią. Widziałam malujące się na jej twarzy zmartwienie. Naprawdę była moją przyjaciółką. Sprzedałam sobie mentalnego liścia w twarz i otrząsnęłam. - Nie. Tak w zasadzie to nie - ścisnęłam dłonie w pięści i wpatrując się w swoje kolana wzięłam głęboki oddech. Zanim zdążyłam coś powiedzieć dłoń Kamary wylądowała na mojej, okryła ją czułym gestem i tym samym dała wsparcie duchowe. - Dwie sprawy, no w  zasadzie trzy.
- Mów wszystko.
- Chronologicznie, czy najpierw złe, a dopiero potem dobre wieści?
- Jak Ci najwygodniej. Ale chyba raczej chronologicznie.
Wzięłam jeszcze raz głęboki oddech. Opowiedziałam przyjaciółce wszystko co tylko pamiętałam. O Leonie i o tym jak po kilkudziesięciu minutach uciekałam przez dom jakiejś staruszki. Oczywiście nie obyło się bez reprymendy, że powinnam mu powiedzieć prawdę, że powinien mnie polubić taką jaką jestem, że pochodzenie nie ma znaczenia. Później pokazałam kolejne rany, które widniały na skórze mojej prawej ręki. Przyjaciółka, tak jak za każdym razem, okazała mi pełnię współczucia. Nie było nikogo kto tak bardzo rozumiał mnie i moje problemy. Przed przedstawieniem trzeciej kwestii zawahałam się, dosłownie przez ułamek sekundy przebiegła mi przez głowę myśl, że może jednak zachować to dla siebie. Jednak po przypomnieniu sobie słów Kamary "powinnaś mu powiedzieć prawdę", zdałam sobie sprawę, że co jak co, ale przed nią nie powinnam niczego ukrywać.
- W nocy stało się coś dziwnego - przełknęłam ślinę. Rudowłosa wciąż w pełnym skupieniu słuchała historii, którą przedstawiałam, w pełni oddana mnie i mojemu światu. Boże, jak ja tę dziewczynę kocham... - Kojarzysz Pandorę?
- Tę z mitologii? - uniosła jedną brew. - Zesłana przez Zeusa jako kara dla ludzi? Żona Epimeteusza? Ta od puszki Pandory? - Boże ile ta kobieta wie? Chodząca encyklopedia mitologii greckiej.
- Tak. Dokładnie tej. - Kamara skinęła głową. - Była u mnie wczoraj - wypowiedziałam tak szybko na jednym wydechu, że przyjaciółka nie zrozumiała ani jednego słowa. Musiałam powtórzyć dobitnie i wyraźnie ostatnie stwierdzenie.
- Co? - czoło Kamary zmarszczyło się gwałtownie. Te fale były wręcz idealne do jej rudowłosej, kręconej czupryny. 
- W nocy, pojawiła się znikąd. Przedstawiła się jako Pandora i oznajmiła, że chce nawiązać ze mną współpracę. A potem po prostu puff. Zniknęła w jakimś ogniu, który po prostu był i znikł - słyszałam jak bardzo to niedorzecznie brzmi. Utwierdzała mnie w tym twarz rudowłosej, która była w nie lada osłupieniu.
Szczęka Kamary, gdyby nie była przymocowana do czaszki zawiasami, opadłaby zapewne do samej ziemi. Patrzyła na mnie jakbym właśnie powiedziała najgłupszą rzecz na świecie.
- Ty jesteś pewna, że to nie był sen? - nie uwierzyła mi. No kto by się spodziewał?
- Tak - odpowiedziałam szybko, z przekonaniem, które zaskoczyło nawet mnie. - Po pierwsze, to było zbyt realistyczne, nawet jak na tak chorą sytuację. Po drugie, ogień który roztaczała był cholernie piekielny - Kamara zdawała się być coraz bardziej przekonana do mojej historii - tak wiem jak to brzmi, ale czułam to ciepło, to ono mnie obudziło. Po trzecie, nie mogłam spać już całą noc. Nie zasnęłam, więc się nie obudziłam, więc nie mógł być to sen. Mylę się? - przyjaciółka pokręciła tylko głową. Chyba za dużo informacji jak na jedną jazdę autobusem. - Przyjdzie ponownie za trzy dni... 
Widziałam jak przyjaciółka mocno nad czymś się zastanawia. Wzrok, który tak bardzo uwielbiałam, przepełniony był emocjami widocznymi jedynie w spojrzeniu. Dla mnie, dla osoby, która spędziła z nią w jednym pokoju prawie całe dotychczasowe życie, dla niepisanej siostry, bo tak już mogłyśmy siebie nazywać, odgadnięcie jej uczuć, emocji, czy zamiarów odbywało się poprzez jedno spojrzenie w jej piękne, duże oczy. Patrząc w nie można było zatracić swą duszę, sprzedać diabłu bez zastanowienia. Zielone tęczówki połyskiwały w blasku słońca, a domieszki żółto-błękitnej barwy podbijały kolor jej intensywnie rudych włosów. Loki, teraz bardziej niż zwykle, opadały kaskadami na gołe ramiona, a na policzkach widniały urocze, brązowe piegi. Brakowało jej jedynie futrzanej rosyjskiej czapki, a uznałabym ją za najpiękniejszą istotę chodzącą po ziemi.
- Musisz dowiedzieć się o niej najwięcej jak to tylko możliwe - Kamara wyrwała mnie z rozmyślań. Po przeanalizowaniu jej krótkiego stwierdzenia wyczekiwałam, aż rozwinie myśl. - I tak przyjdzie do Ciebie raz jeszcze, tak? - uniosła jedną brew wyczekując, aż skinę głową na potwierdzenie jej teorii. - Więc lepiej abyś przygotowała się do tego spotkania skrupulatnie. 
Kiedy wysiadłyśmy z autobusu temat nowo poznanej istoty piekielnej ucichł. Jak makiem zasiał. Choć mogło być to spowodowane obecnością naszego wspólnego przyjaciela - Aleksa. Nie czułam się na siłach aby kolejnej osobie, nawet dobremu przyjacielowi, opowiadać o tak absurdalnych przeżyciach. Na moje szczęście Kamara zrozumiała po wyrazie mojej twarzy, że na dziś wystarczy zwierzeń i najzwyczajniej w świecie przeszła na rutynową konwersację o nauce.
- Kamara nie mydl mi tu oczu - oburzył się nagle Aleks. Spojrzałyśmy na siebie, a później pytającym wzrokiem na chłopaka. - No Naema i Leon. Wczoraj. Motocyklem pod jej dom. Pół szkoły o tym gada!
Zmarszczyłam brwi tak, że chyba mózg zdołał mi się zlasować. Moja zdolność do logicznego myślenia uległa autodestrukcji w milisekundzie. Musiałam wyglądać bardzo karykaturalnie kiedy patrzyłam na Aleksa z miną, jakby właśnie oznajmił, że Ziemię napadli obcy i jesteśmy ich mrówkami. Kilka razy poruszyłam oczami to w lewo, to w prawo, szukając dobrej odpowiedzi, która jak na złość nie przychodziła mi w chwili obecnej do głowy.
- Ale jak to pół szkoły? - Kamara odezwała się za mnie, gdyby tego nie zrobiła moglibyśmy stać tak z dobre pół godziny, a ja i tak nie zdołałabym wykrzesać krzty słowa.
- No chyba ktoś widział ich razem, albo Leon komuś powiedział i rozeszło się szybciej niż smród po gaciach - Aleks wzruszył ramionami jakby była to zbyt oczywista kwestia by ją rozwijać.
- Widziałeś go dziś? - zapytałam bez chwili namyślenia. Mój mózg znów zaczął funkcjonować, ach wspaniałe uczucie.
Chłopak wykonał pojedynczy ruch głową w dół dodatkowo mrugając. W Grecji ten ruch oznaczał po prostu "tak". Niewiele myśląc potrząsnęłam głową jednocześnie wykrzywiając dłoń ku górze wyciągnęłam wskazujący palec. Grecy porozumiewają się od wieków za pomocą gestów, czasem nie są nam potrzebna żadne słowa, abyśmy zrozumieli co druga osoba chce przekazać. I tym razem Aleks podchwycił pytanie momentalnie mi odpowiadając:
- Zrywał pomarańcze w sadzie za szkołą - zarzucił głową w kierunku budynku stojącego po mojej lewej stronie.
Nie wiem dlaczego tak bardzo ruszyła mnie ta wiadomość, chciałam porozmawiać z Leonem, wyjaśnić całą sytuację, dlaczego wszyscy nagle o nas rozmawiają. Kamara przejrzała moje zamiary nim zdążyłam ruszyć się z miejsca.
- Daj spokój - złapała mnie za ramię - przecież to dobrze - uśmiechnęła się do mnie, tym szczerym, wspaniałym uśmiechem, który ubóstwiałam w niej.
Miała rację, w stu procentach. Co miałam mu powiedzieć? "Ej nie podoba mi się, że wszyscy o nas rozmawiają."? Przecież to było nieuniknione. On to jeden z tych popularnych, przystojny, umięśniony buntownik jeżdżący na motorze. Mnie ludzie znali, kojarzyli. Ciężko nie przyuważyć przez trzy lata dziewczyny z granatowymi włosami, która pojawia się wszędzie z tą rudowłosą krzykaczką. Kamara miała rację. Tylko bym zaszkodziła naszej relacji, a tak, mogłam przynajmniej zobaczyć jego reakcję na całą tę sytuację.
~*~
Po kolejnym nieudanym dniu w szkole przyjaciele wyciągnęli mnie na mrożoną kawę do naszej ulubionej kawiarni. Ideal Coffee mieściło się na parterze sześciokondygnacyjnego budynku niedaleko woloskiego portu. Do Placu Ryga także było całkiem blisko. Wszystko w zasięgu kilku przecznic.
Kiedy ekspedientka ubrana w firmowy błękitny fartuch podeszła do naszego stolika szeroko uśmiechnęła się i zwróciła bezpośrednio do Aleksa. Mnie i Kamary zdawała się wcale nie zauważać, a wręcz starała się nas skutecznie ignorować. Głęboko odetchnęłyśmy i obie w tym samym czasie zaśmiałyśmy się pod nosem gdy blondynka odeszła, aby przyrządzić nasze zamówienie.
- Kiedy jej powiesz? - Kamara zaatakowała pierwsza pytaniem.
- Nie wiem - chłopak wzruszył ramionami. - Dobrze się bawię - uśmiechnął się szeroko i założyłabym się, że niezauważalnie zaśmiał się pod nosem.
- Gdybym była tą dziewczyną - wskazałam na ladę za mną - po wszystkim sprzedałabym Ci mocnego sierpowego prosto w twarz.
Chłopak zmarszczył brwi. Źle wyglądał z tym wyrazem twarzy, nie pasował do niego. Nieregularne bruzdy zaburzały piękno jego gładkiej, porcelanowej skóry, przez którą w Grecji mógł czuć się nieswojo. Bądź co bądź to Grecja. Klimat śródziemnomorski, gorące, suche lata i palące słońce powinny skarmelizować każdą skórę tutejszego mieszkańca. Choć to może właśnie przez jego karnację tyle kobiet zwracało na niego uwagę - taki rarytas, rubin wśród kawałków potłuczonych butelek. 
- Powiem jej. Może w następnym tygodniu.
- A mówią, że geje to tacy wrażliwi i wspaniali mężczyźni - Kamara założyła nogę na nogę i splatając palce zaczepiła dłonie na kolanach kiwając się przez chwilę w przód i w tył.
- Nie nasz Aleks - gwałtownie wyciągnęłam dłoń w kierunku przyjaciela i poczochrałam jego idealnie ułożone czekoladowe włosy.
Śmiałam się przez chwilę obserwując jak twarz przyjaciela z zaskoczonej zmienia się na obrażoną. Nie trwało to długo. Chłopak przyuważył coś co go zaniepokoiło diametralnie wpływając na jego samopoczucie. Złapał mnie za prawą rękę i podciągną siateczkowy rękaw, który miał zakryć to co szpetne.
- Żartujesz sobie? - uniósł brwi ku górze. - Mnie prawisz morały, a sama ukrywasz kolejne wyskoki tej szmaty?
Zabrałam szybko rękę, było mi głupio, że nie powiedziałam o tym Aleksowi. Przy temacie Pandory i Leona jakoś zapomniałam o Aimie, o kolejnym bólu, który mi sprawiła.
- Przepraszam - wydukałam. 
Przez parę kolejnych minut Kamara starała się wybronić mnie z całej tej chorej sytuacji, a ja wpatrywałam się w kształt szklanek przyniesionych przez blondwłosą ekspedientkę. Okrągłe szkło zwężające się ku spodowi, z widocznym pogrubionym rozszerzeniem na spodzie, na boku posiadało małe ucho do wygodnego trzymania naczynia. Uniosłam jedną z trzech kaw i pociągnęłam spory łyk przez wystającą szeroką słomkę ozdobioną błękitno białymi paskami. Rozkoszowałam się mrożonym płynem, jego smakiem, zapachem, konsystencją, przyjemnie chłodzącymi kostkami lodu połyskującymi na powierzchni płynu. 
Rudowłosa prawdopodobnie zdołała mnie wybronić, bo usłyszałam tylko jak Aleks wymruczał pod nosem, że nie było tematu.
Resztę czasu spędziliśmy w umiarkowanej ciszy. Aleks wciąż był lekko naburmuszony, a ja najzwyczajniej nie miałam ochoty się udzielać, jedynie Kamara próbowała ratować nasz wspólny wypad na miasto poruszając wszelkie możliwe tematy. Mimo jej starań niewiele zdziałała.
Kolejne godziny mijały nam dość szybko, kiedy wychodziliśmy z kawiarni słońce już od godziny schowane było za horyzontem pogrążając Wolos w ciemności, którą rozświetlały jedynie stojące w równych odległościach od siebie latarnie na głównych ulicach.
Każde z nas rozeszło się w trzy strony świata wracając do swych domów. Miasto było wbrew pozorom bezpiecznym miejscem, żadne z nas nie bało się wracać o tej godzinie do domu, było lekko po osiemnastej, po ulicach wędrowało jeszcze sporo ludzi. Mijały mnie pary trzymające się za ręce, które postanowiły zrobić sobie spacer na molo aby pooglądać zachód słońca, a teraz najwidoczniej wracali do swoich codziennych spraw, właściciele z ich czworonogami, którzy w oczekiwaniu na chłodniejszą porę dnia wyczłapali się sprzed wiatraków rozstawionych w przytulnych salonach, a nawet kilkoro dzieciaków biegnących do domów, bo najwidoczniej skończył im się czas przeznaczony na zabawę na dworze.
Wolos było piękne nocą. Przechadzając się po ciemniejszych uliczkach przystawałam na środku drogi by móc spojrzeć na w pełni rozgwieżdżone niebo. Miliony kropek widniało na granatowej płaszczyźnie nieboskłonu, każda jedna mocniej świecąca od poprzedniej, wskazywały na jeden, w pełni okrągły księżyc, który połyskiwał najsilniej ze wszystkich. Gdyby w Wolos zabrakło prądu, ten jeden satelita dałby radę w tę noc rozświetlić ciemne uliczki mojego miasteczka.
Mijając kolejne przecznice zbliżałam się do, z zewnątrz wyglądającego przyjaźnie, sierocińca. Był piątek, a w piątki wszelkie godziny policyjne były zniesione, aby każdy mógł odsapnąć od codziennych obowiązków. Nie musiałam zatem bać się, że po powrocie czeka mnie kolejna kara. Dzisiejszej nocy mogłam robić wszystko czego zapragnęłam.
- Dzisiaj jestem wolna - stwierdziłam sama do siebie z uśmiechem przyklejonym do twarzy.
- Czy aby na pewno? - głos rozległ się za moimi plecami, głos który już wcześniej słyszałam.

piątek, 27 kwietnia 2018

Rozdział 4


"Jeśli­by ka­rać każde­go, kto ma cha­rak­ter przew­rotny i zły, to ka­ra nie omi­nie nikogo."
Juliusz Anneusz Seneka
Spojrzałam na mały, damski zegarek, który przypięty był do mojej prawej ręki. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak oryginalny Vostok Europe z białym skórzanym paskiem, tak samo mleczno białą tarczą z dodatkiem złotych elementów oraz dodatkowymi mniejszymi tarczami na minuty i godziny. Oj tak. Zajebiście byłoby mieć takie cudo w swojej kolekcji. Jednakże mogłam cieszyć się zaledwie tanią podróbką zakupioną na moje trzynaste urodziny.
Każdy w sierocińcu dostawał coś minimalnie wartościowego aby mieć cząstkę własności, o którą trzeba dbać. Trzynaście lat było wręcz idealnym wiekiem, do podarunku o takim znaczeniu. Nie jest się za młodym aby rzucić gdzieś w kąt, ale też nie za starym, przecież na prezenty nigdy nie jest się za starym. Jednak kiedy w wieku piętnastu lat kończy się edukację obowiązkową, mało osób kontynuuje naukę. W sierocińcu jest to prawie niemożliwe.
15.43, nie zdążę... - Słowa rozbrzmiały w mojej głowie. Spojrzałam na Leona, nie ruszył się nawet o centymetr. Wciąż, dumnie wyprostowany, siedział na lśniąco czerwonym motocyklu wpatrując się we mnie. Zapadła głucha cisza. Nie chciałam wycofywać się z już raz wypowiedzianego słowa.
- To jak? - chłopak trzymał kask w wyciągniętej do mnie ręce.
Lekko się rumieniąc podeszłam bliżej odbierając od niego czarne, dość ciężkie jak zauważyłam, okrycie głowy.
- Dzięki.
Leon bez słowa, z szerokim uśmiechem na twarzy, pomógł mi zapiąć klamry od kasku i wsiąść na ścigacza.
- To gdzie jedziemy? - zapytał.
- Emm... - zastanawiałam się co powiedzieć. Wyznać mu prawdę? Czy może jednak zachować wszystko dla siebie i udawać, że mieszkam gdzieś w przeciętnej dzielnicy? Kłamstwo w takich sprawach w przyszłości niezbyt wychodzi na dobre, ale aby była jakakolwiek przyszłość tej znajomości, to trzeba skłamać, on może uciec, wyrobić o mnie złą opinię, nigdy się już do mnie nie odezwać.
- Naema? - chłopak postanowił przypomnieć o sobie, wciąż czekał na moją odpowiedź.
- Kojarzysz skrzyżowanie Dimitriadosa i Xenofontosa? - wybrałam chyba najmądrzejszą opcję jaką zdołałam wymyślić. Podwiezie mnie do punktu orientacyjnego, a dalej sobie dojdę sama. On się nie dowie, a ja nie skłamałam. I wszyscy szczęśliwi.
- Tam gdzie jest kino?
- Dokładnie tam.
Leon uśmiechnął się, widziałam kąciki jego ust kiedy uruchamiał motocykl. Nawet dobrze, że nie zadawał więcej pytań. Mogę rozmawiać o wszystkim, byle nie o domu dziecka, na który z góry zostałam skazana. Po chwili chłopak objął siebie moimi rękoma w pasie i ściskając je dodał:
- Tylko mocno się trzymaj - kiwnęłam tylko głową i mocno zamknęłam oczy.
Leon znał drogę, czułam jak umiejętnie manewrował maszyną pomiędzy wąskimi uliczkami Wolos. Było to w zasadzie bardzo małe miasteczko, stukrotnie mniejsze od Aten. Położone na północ od stolicy Grecji przy Zatoce Pagasyjskiej. Mimo niewielkich rozmiarów Wolos było tu praktycznie wszystko, basen, kino, kompleks sportowy w pakiecie ze stadionem, kilka szkół, dom dziecka oczywiście, a nawet Muzeum Historii Naturalnej. W sumie niczego tutaj ludziom nie brakowało. Prócz zimy. Jestem pewna że dziewięćdziesiąt procent mieszkańców nie widziało śniegu, wliczając w to mnie. Za to pożary, susza i trzęsienie ziemi są tutaj na porządku dziennym.
Po przejechaniu kilku większych skrzyżowań staliśmy na światłach tuż przed miejscem docelowym.
- Na pewno mam Cię tutaj wysadzić? - ton głosu chłopaka wskazywał, że nie jest zbytnio zadowolony z tego faktu.
- Tak, mieszkam tuż za rogiem, dam sobie radę.
- Masz podwózkę praktycznie pod sam dom, a Ty chcesz drałować z buta?
W tym momencie Leon gwałtownie ruszył skracając za światłami w lewo, a następnie w prawo gdzie wjechał na chodnik biegnący tuż obok kina. Zatrzymał się dopiero przy ruinach stojącego tu niegdyś amfiteatru.
- Dziękuję Ci, dam sobie dalej radę sama - dałam mu buziaka w policzek w ramach podziękowań i odwracając się na pięcie ruszyłamw stronę Domu Dziecka, do którego zostało mi kilka przecznic.
Przez moment udało mi się iść samotnie z dumnie uniesioną głową, że postawiłam na swoim. Sielanka nie trwała zbyt długo. Już po chwili, trwającej zaledwie z dwie, może trzy minuty, dostrzegłam kątem oka połyskujący czerwienią metal, który sunął obok mnie.
- Leon co Ty do cholery robisz? - fuknęłam na kolegę. Czy on nie mógł sobie odpuścić?
- Muszę Cię przecież odprowadzić. A jak ktoś Cię napadnie?! - Leon zasłonił dłonią usta, które uformował w wielkie O, pokazując tym samym ironicznie zdziwienie. Nie skomentowałam tego. Zamiast tego pokręciłam przecząco głową. Kto by pomyślał, że on może być aż tak namolny?
- I?
- Co i? - chłopak widocznie nie zrozumiał o co pytam.
- I co wtedy? - uniosłam pytająco brwi i wyczekiwałam odpowiedzi. Słysząc że nie nadchodzi, krótko wyjaśniłam o co mi chodzi. - No jak mnie ktoś napadnie.
- No jak to co? - zrobił minę, jakby dowiedział się, że jego ulubiona drużyna piłkarska nie weszła do Ligii Mistrzów. - Wtedy będę Cię bronił! - zaczął udawać jedną ręką że boksuje niewidzialnego przeciwnika. - Napastnik nie ma ze mną żaaaaadnych szans!
Mimo złości na chłopaka, zdołał mnie rozbawić swoim małym przedstawieniem. Uznałam, że nie zaszkodzi jeśli kilka przecznic mi potowarzyszy. Spróbuję mu po prostu uciec, albo też wmówić że mieszkam gdzie indziej. A jak się nie uda to istnieją dwie opcje. W najlepszym wypadku zaakceptuje to kim jestem i nadal będzie chciał mnie poznać, a w najgorszym niestety zerwie ze mną kontakt, nie chcąc mieć nic wspólnego z kimś takim jak ja. Nie miałam zbyt wielu opcji do wyboru, ale mogłam zacząć się martwić tym dopiero za jakieś sześć przecznic.
Mijaliśmy co chwilę przechodniów, którzy oburzeni małą ilością miejsca na chodniku, na głos wygłaszali swoje niezadowolenie kierując w naszą stronę niemile komentarze:     
Motor tutaj?; Wynoś się stąd!; Nie było ulicy obok?!; Ślepy jesteś? Tam masz jezdnię! Byli też tacy, którzy nie zwracali uwagi na motocykl, a na kierowcę, który na nim siedział. Nie za młody jesteś?! Gówniarz myśli, że dorósł! Oboje zgodnie postanowiliśmy zignorować wszystkich i udawać, że na chodniku jesteśmy tylko i wyłącznie my sami.
Mimo wszystko głos przechodniów chcąc nie chcąc docierał do moich uszu, więc niektóre słowa po prostu dopuszczałam do mózgu przetwarzając ich sens. Komentarz o naszym wieku był bardzo sensowny, dla ludzi którzy zwyczajnie nie rozumieją jak działa system policyjny Grecji. Leon był moim rówieśnikiem, a to oznaczało że może mieć około piętnastu, szesnastu lat. Policja nie zwracała uwagi na wiek, posiadanie kasku, szybką jazdę czy przejeżdzanie na czerwonym. Dopóki nikt nikogo nie zabił, ani nie popełnił samobójstwa, nie wtrącali się. Czasem coś ich tknęło i wlepiali mandaty na potęgę, ale kiedy nie robi się tego przez dłuższy czas to czego się spodziewać? Statystyki muszą się zgadzać.
- Mówiłaś, że to kawałek do Ciebie. Przecież mogłem Cię podwieźć - Leon nie był zadowolony, już bliżej było mu do naburmuszenia. 
- No to tuż za rogiem - trzeba coś wymyślić. Jak mu uciec? 
- Naema... - chłopak pokręcił głową. - Wciskasz mi ten kit od czterech przecznic. Wolos jest małe, ale nie aż tak. Powiedz po prostu, że chciałaś ze mną spędzić więcej czasu - uśmiechnął się odsłaniając białe zęby i wypiął dumnie pierś. Brakowało mu tylko napuszonego pawiego ogona, który uwydatniłby ten obraz. 
Zmarszczyłam brwi i przeanalizowałam usłyszane słowa. Ja? Specjalnie to zrobiłam, aby spędzić z nim czas? Kurde, to całkiem dobre alibi. Mogłabym spalić buraka, uciec i będzie to w pełni uzasadnione. Trzeba wykorzystywać okazje. 
- Ja? - zaczęłam się jąkać i uciekać wzrokiem w niewidzialny, lewy róg ekranu, który widniał tylko w mojej wyobraźni. 
- No Ty, Ty - oj Leon był widocznie zadowolony z siebie. No kto by nie był? 
- Nie prawda - czułam, że zaczynam wyglądać jak burak, i to wcale nie dlatego, że nim jestem. Tylko dlatego, że po prostu minimalnie się zestresowałam jak do cholery mam wyjść z tej sytuacji obronną ręką. - Myślę, że coś sobie ubzdurałeś.
Chłopak nie odezwał się, jego jedynym komentarzem było westchnięcie. Oj miał on cierpliwość. Nie wiem komu chciałoby się mnie odprowadzać taki kawałek. I to prowadząc motocykl, jazda na nim w tym momencie mijała się z celem, jeszcze by kogoś staranował. 
Z każdym krokiem zbliżaliśmy się do sierocińca, jak tu uciec? Dochodziliśmy właśnie do przedostatniej przecznicy. Za chwilę będzie za późno na ucieczkę.
- No mówiłam Ci, że to za rogiem. Tutaj w lewo - zarzuciłam głową we wskazanym kierunku i po chwili gwałtownie skręciłam.
Zrobiło się tak wąsko, że Leon musiał iść po ulicy. Raczej nie miał nic przeciwko. Krok za krokiem szedł tuż obok mnie, rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Było wspaniale, mogłabym godzinami spędzać z nim czas, gdyby nie mały, bardzo istotny fakt, że dziś akurat było mi to wybitnie nie na rękę. W pewnym momencie zobaczyłam staruszkę wychodzącą z domu, zostawiła drzwi otwarte i skierowała się w stronę ogródka, gdzie kwitły piękne kwiaty. To była moja szansa.
- Leon to już tutaj - spojrzałam szybko na zegarek. O cholera, dziesięć minut do apelu. - Cholera, przepraszam, spieszę się, dziękuję Ci za wszystko - i ucałowałam go w policzek, odwróciłam się i odbiegłam najszybciej jak się dało. Znów to zrobiłam, identycznie jak wcześniej. Mam nadzieję, że to nie będzie tak wyglądało za każdym razem, o ile będą kolejne razy.
Nie widziałam wzroku chłopaka, słyszałam tylko jak krzyknął za mną coś na pożegnanie. Rozglądając się i badając teren wbiegłam ukradkiem przez otwarte drzwi do małego, przyulicznego domku. Omiotłam nieznany mi teren wzrokiem i spokojnie uznałam, że w zasięgu wzroku nikt się nie znajduje. Nikogo też nie słyszałam, najwidoczniej ta starsza pani mieszka tutaj zupełnie sama. Przeszłam na palcach przez główny korytarz i znalazłam się w salonie. Wstyd się przyznać, ale nigdy jeszcze nie byłam w takim prawdziwym domu. Wszystko było dla mnie nowe. Aneks kuchenny, znajdujący się po mojej prawej stronie, połączony z salonem, wyglądał bardzo przytulnie. Bryła z zewnątrz tego budynku w żadnym aspekcie nie oddawała wnętrza pomieszczeń, kompletnie inna bajka, jakbyś przeszedł przez drzwi do Narnii.
Skończywszy się zachwycać widokiem zauważyłam, że coś łasi się do mojej nogi. Mała ruda kulka kręciła ósemki pomiędzy adidasami co chwilę mrucząc i pomiaukując.
- Kulka? Coś się stało? - dobiegł mnie głos starszej pani zza drzwi. Kurwa, kobieta miała wybitnie dobry słuch, jak? Ja się pytam. Jak można mieć na starość taki słuch?! Usłyszałam kroki, zbliżała się do mnie.
W napadzie mini paniki pierwsze co rzuciło mi się w oczy było, sporej wielkości, okno. Podeszłam do niego najszybciej jak się dało, tak aby nie narobić niepotrzebnego hałasu, i otworzyłam.
- Miaaaaaau - rudzielec podszedł do mnie i ponownie się łasił. Czy ten kot ma wbudowany jakiś alarm?
- Już idę Kuleczko, już. Pańcia da Ci zaraz jeść - głos kobiety słychać było już wewnątrz domu.
Jednym susem pokonałam granicę między domem a trawnikiem i nie oglądając się za siebie pobiegłam do sierocińca.
- Chyba dwie minuty spóźnienia mi wybaczą - stwierdziłam sama siebie przekonując, że tak musi być.
Po chwili stałam przed bramą wejściową Domu Dziecka. Jeszcze niedawno jej tutaj nie było, ogrodzono cały teren i wprowadzono takie zabezpieczenia, po bardzo nieudanej ucieczce mojego kolegi. Udało mu się zwiać dosłownie dwie ulice dalej gdzie potrącił go samochód. Od tamtej pory system się zmienił, wprowadzono godziny policyjne, apele, mury. Nie to, żeby wcześniej ich nie było, po prostu nie były, aż tak bardzo respektowane.
- Pięć minut spóźnienia! - ochroniarz Marcel, nie bardzo za mną przepadający mężczyzna, czepiał się każdej spóźnionej minuty.
- Trzy Marcel. Trzy, nie pięć - poprawiłam go.
- Na moim zegarku pięć panno Orfano.
Orfano... Znów to cholerne nazwisko. W sierocińcu nikt nie posiadał własnego nazwiska, identyfikowano nas po imieniu, bo to jedyne co każdy z nas dostał przed trafieniem do tego okropnego miejsca. "Orfano"  znaczy dosłownie "Sierota" po grecku. Trafnie, nie? Na szczęście nie za wiele osób wiedziało o tym z zewnątrz, i lepiej aby tak zostało.
- Wygodne dla ciebie, co nie? Nie musisz zapamiętywać żadnego imienia, przyznaj, to Twój pomysł z tymi nazwiskami - uśmiechnęłam się szyderczo i ruszyłam przed siebie.
- Masz iść do... - usłyszałam donośny głos za sobą, nie dokończył zdania, zrobiłam to za niego.
- Do dyrektorki. Tak wiem, wiem, nie spinaj się tak - machnęłam ręką na niego i skierowałam się do gabinetu naszej "ukochanej" Pani Dyrektor.
Pokój znajdował się na ostatnim piętrze, sześciokondygnacyjnego budynku. Stanowczo za dużo stopni. Była winda, owszem, ale tylko dla personelu. Obdrapane korytarze, skrzypiący parkiet pod ciężarem ciała kiedy stąpało się po złych deskach, świszczący wiatr przedzierający się przez rozszczelnione okna, można byłoby spokojnie nakręcić tutaj horror.
Zapukałam do drzwi Pani Kokkinos i usłyszawszy krótkie "wejść", nacisnęłam na klamkę. Przekroczyłam próg, po czym stanęłam przed biurkiem dyrektorki, nie próbując nawet na nią spoglądać. Mój wzrok błąkał się po szarej ścianie za jej plecami, czerwonymi zasłonami osłaniającymi przed nadmiarem światła, czarnym karniszu nad otworami okiennymi. Grunt to nie patrzeć jej w oczy.
- Imię? - rzuciła pytaniem nie podnosząc wzroku znad kartki papieru, na której skrupulatnie coś notowała.
 - Naema - po mojej krótkiej, acz znaczącej odpowiedzi, kobieta spojrzała na mnie. Oparła łokcie o stół i splotła palce.
- Apel się zaczął, co tutaj robisz? - jej głos był lodowaty, pogardliwy, jakby zwracała się do psa żebrzącego o kawałeczek kosteczki.
- Spóźnienie, trzy minuty - musiało to wyglądać bardzo karykaturalnie, ona siedziała wyluzowana, z nienawiścią w oczach, ja stałam na baczność, niemalże jak w wojsku. Trochę jak generał i żołnierz.
- Pięć - poprawiła mnie dyrektorka. Boże co oni mają z tymi minutami. Marcel musiał już ją poinformować. 
- Przepraszam, muszę się nie zgodzić, trzy - nie będą mi wmawiać, że kłamię. 
- Nie kłam! - uderzyła otwartą dłonią o blat stołu. Nie widziałam jej twarzy, jej pogardliwej miny, wciąż starałam się patrzeć na ścianę. Kiedy między nami zaległa cisza kobieta wstała i obchodząc biurko dokoła, stanęła przede mną opierając się o nie. - Wyciągnij rękę.
- Ale... - chciałam zaprotestować, że przecież to tylko trzy minuty, że nic złego nie zrobiłam.
- Ręka! - Posłusznie wyciągnęłam przed siebie lewą rękę. - Prawa.
Nie mogłam w to uwierzyć. Poważnie? Prawa? Kurwa mać, pojebało ją. Nie miałam zbyt wielkiego wyboru, nikt nie miał. Albo posłuszeństwo stuprocentowe i dach nad głową, albo bunt i ulica. Niektórzy wolą żyć pod mostem. Ja nie byłam na to gotowa. Opuściłam więc jedną rękę i uniosłam drugą. Dyrektorka złapała mocno mój nadgarstek i podwinąwszy rękaw do łokcia odsłoniła gołą skórę. Wyciągnęła z kieszeni małe pudełeczko i otworzyła zgrabnie jednym palcem. Odłożywszy na biurko wyciągnęła, jedną z wielu tam leżących, żyletkę. Dobrze, że chociaż nowe, nieużywane i przede wszystkim sterylne. Przyłożyła ją do mojej ręki przy zgięciu łokcia.
- To za spóźnienie - przeciągnęła szybkim ruchem metalem po skórze. Przez moment napawała się tym widokiem, wciąż trzymając mój nadgarstek. Po chwili przyłożyła żyletkę do miejsca minimalnie położonego wyżej. - A to za kłamstwo.
I w tym momencie mnie zaskoczyła, spojrzałam na nią po raz pierwszy w życiu. Prosto na spalony kawałek twarzy, który widniał  zaraz obok prawego oka. Rana sięgała od czoła po kość policzkową. Gdy jej wzrok napotkał mój przeciągnęła żyletką po skórze dwa razy mocniej. Minimalnie ją wkurwiłam.
- Coś jeszcze? - zapytałam ze słyszalną nienawiścią w głosie.  Nie oczekując odpowiedzi wyszarpnęłam rękę i odwróciłam się na pięcie. - Do widzenia Pani Kokkinos.
Aima Kokkinos. Ta kurwa jeszcze mi za to zapłaci. "Czerowna krew"  czy to nie ironiczne? Rodzice wiedzieli jak ją nazwać. Chyba wyczytali jej zboczenie w gwiazdach.
Trzasnęłam drzwiami i skierowałam się w stronę najbliższej łazienki. Obmyłam krwawiącą rękę pod wodą i papierem toaletowym docisnęłam rany widniejące obok kilku swoich starszych sióstr.
- Kurwa mać, znów to samo...