W
długim, szarym korytarzu, w ostatnim pokoju po prawej, słychać było ciche trzaski
i co jakiś czas zgrzyty ocierających się mebli o podłogę. Pomieszczenie
oświetlone było tylko słabym płomieniem świecy stojącej na szerokim,
posrebrzanym stole. Jej światło rzucało cienie na gładką ścianę.
Kobieta
o złotych włosach co chwilę chodziła to do łóżka, to do szafy. Pakowała
niezbędne rzeczy. Na jej twarzy malował się smutek dostrzegalny przez
popuchnięte oczy, widać że wcześniej długo płakała. Targały nią silne emocje.
Obok tej goryczy przelatywały co chwilę zawziętość, ale też niezdecydowanie.
Czy dobrze robi? Czy powinna uciekać z
córką? Co chwilę zadawała sobie te pytania. Wiedziała tylko jedno. Metatron
nie był tym samym mężczyzną, którego pokochała. Odrzucił ją, odrzucił ich
córkę. Kiedyś myślała, że tylko on jest dla niej ważny, że zrobi dla niego
wszystko. Ale podczas ciąży, podczas porodu, zdała sobie sprawę, że nikogo tak
bardzo nigdy nie kochała jak tej małej istoty, która spoczywała teraz w chuście
przewieszonej przez ramię kobiety.
Nadia stała na
środku pokoju wpatrując się w córeczkę. Mała przebudziła się ziewając. Po
chwili otarła sobie oczko grzbietem małej dłoni, którą zacisnęła w piąstkę i
spojrzała na matkę wielkimi granatowymi oczami.
- Oj malutka… - Nadia uśmiechnęła
się do córki a po jej policzkach popłynęły kolejne łzy. – Nawet nie wiesz ile
czeka Cię przygód, pokażę Ci wszystkie kraje i miasta, zobaczysz wszystkie
światy i spotkasz wszystkie istoty jakie tylko istnieją.
Mała patrzyła na nią ciekawskim
spojrzeniem, jej mina wyrażała tylko tyle, że nie ma pojęcia co ta kobieta do
niej mówi.
- Zobaczysz, będzie nam się
dobrze żyło we dwójkę.
Kobieta wzięła
torbę na ramię, przytuliła dziewczynkę lewą dłonią do piersi, po czym
zamachnęła się drugą ręką tak jakby chciała uderzyć kogoś grzbietem dłoni w
twarz, tylko mniej zamaszyście. Od razu za jej ręką zaczęła podążać strużka
chłodnego powietrza, była widoczna, wyglądała jakby w jej wnętrzu zaczęła się
burza śnieżna. Płatki jeden obok drugiego leciały za ręką swej Pani i wreszcie
minęły dłoń otaczając jej ciało. Nadia w jednej chwili była otoczona wichurą
którą stworzyła. Wyglądało to jak małe tornado śnieżne w centrum pokoju.
- Proszę, wietrze, zabierz mnie na Eolię, do swego stwórcy – Nadia
puściła tę myśl przed siebie, tak by wiatr mógł ją pochłonąć i spełnić jej wolę.
Zaraz po wypowiedzeniu tych słów
Nadia z dzieckiem zniknęły ze słabo oświetlonego pokoju. Została po nich tylko
kupka śniegu.
~*~
Tymczasem…
Wysoki mężczyzna biegł przed siebie
potykając się co chwila o wyrastające przed jego nogami pnącza. Uciekał. Bał
się tego co za nim podąża. Narastająca adrenalina i szybkie bicie serca
potęgowały strach.
- Nigdy mi nie uciekniesz!!! Ona i tak będzie moja! – krzyknęła postać
gdzieś za plecami uciekającego. – Metatronie! Myślisz, że uwolnisz się od tego
uczucia? Hahaha – złowieszczy śmiech rozchodził się echem w jego głowie.
- Zostaw mnie w spokoju! – Archanioł zakrył sobie uszy dłońmi, myślał
zapewne że to pomoże i przestanie słyszeć przerażający śmiech, który dudnił
między ścianami jego czaszki.
- Oj skarbie... Wiesz przecież, że nie mogę.
- O co Ci chodzi?! – rzucił przez ramię mężczyzna po czym potknął się o wystający korzeń. Władca
nieba runął na ziemię i potarł ciałem o piach jeszcze dobry metr. Szybko
odwrócił się na plecy i podparł na łokciach. – Kim jesteś?! Pokaż się! –
krzyczał przed siebie, bojąc się co za chwilę zobaczy.
- Jak bardzo jesteś przerażony, o, nieśmiertelny? Ile dasz mi w zamian?
Metatron słyszał bicie swojego serca. Miał nadzieję, że oprawca nie dosłyszy
go tak jak on. Choć wydawało mu się, że każdy w promieniu kilometra to usłyszał.
- Czego chcesz? – próbował powiedzieć to bardzo spokojnie, ale głos i
tak mu drżał.
- Ooo, to już koniec naszej zabawy? Chcieliśmy się z Tobą jeszcze
trochę pobawić… - jego głos wydawał się coraz głośniejszy. Jakby stał tuż obok.
Archanioł szybko się odwrócił za siebie wstając z ziemi. Oddech i bicie
serca wcale nie zwalniały. Przeciwnie. Mężczyzna miał wrażenie, że serce zaraz
wyskoczy mu z piersi.
- GDZIE DO CHOLERY JESTEŚ?! POKAŻ SIĘ! – odpowiedziała mu cisza.
Archanioł zrobił kółko wokół własnej osi, oglądając się czy nikt w pobliżu nie
stoi. – CZEGO CHCESZ?! – tym razem powtórzył pytanie bardzo dobitnie, władczo.
Wszystkie siły włożył by zabrzmiało to tak jak tego chciał.
Nie minęło pół minuty, a Metatron poczuł chłodne powietrze na karku.
Zimny oddech sparaliżował mężczyznę, ze strachu nie mógł się ruszyć. Obok ramienia zobaczył kościste, długie palce, które
zacisnęły mu się na barku wbijając się boleśnie w skórę. Dłoń była poczerniała,
jakby spalona. W nozdrza uderzył go smród palonego mięsa…
- Twojej córki…
Metatron
poderwał się i usiadł na łóżku.
- To tylko sen… - Powtarzał w myślach jak mantrę.
Po czole spłynęła mu strużka
potu, ześliznęła się po nosie i zatopiła gdzieś w jedwabnej pościeli. Mężczyzna
schował twarz w dłoniach i chwilę pomyślał, analizując sen.
- To coś… Hmm… To coś nie pochodziło z nieba, to na pewno. Śmierdziało
spalenizną i miało okropny zimny oddech. No i ten głos… Głos pełen pewności
siebie, lekko ochrypły i zimny, a przede wszystkim mroczny… I chce JEJ… -
doszukiwał się wszystkiego co mogłoby mu pomóc w identyfikacji zagrożenia. – Co
ja wygaduje? To TYLKO sen. Nie istnieje żadne zagrożenie! To absu… - w tym
momencie Metatron zdał sobie sprawę, że Nadia nie leży z nim w łóżku. W
zasadzie, wcale jej nie było w sypialni, a przynajmniej nie w zasięgu wzroku. –
Nadia? – mężczyzna myślał, że może jest w łazience, ale nie doczekał się odzewu
z jej strony.
Mężczyzna
zmarszczył czoło. Wstał z łóżka, tego samego na którym Nadia urodziła ich
córkę, i podszedł do otwartego okna. Pomieszczenie znajdowało się na 1 piętrze
ich wspólnego domu. A raczej pałacu. Metatron lubił przesadę. Ostatnie dni tym
bardziej wprawiły go w stan tworzenia. Dodał kilka nowych pięter oraz
powiększył, i tak już pokaźnych rozmiarów, ogród. Na dworze było jeszcze
ciemno. Spojrzał na zegarek na ścianie za nim. Fluorescencyjne wskazówki bardzo
się przydały, zegar wybił 3:15. Późno. Nadia powinna leżeć obok niego a nie
chodzić gdzieś, niewiadomo gdzie.
Podumał
jeszcze chwilę, a następnie położył się z powrotem do łóżka. Nie będzie
przecież robił afery z powodu jednego koszmaru. Nadia pewnie poszła na spacer z
córką, bo ta nie mogła zasnąć, i na bank już wraca. Nie ma o co się martwić.
Jutro obudzi się tuż obok niej i zobaczy jej piękną, anielską twarz.
~*~
Mężczyzna
słysząc pisk czajnika wstał z drewnianego krzesła i podszedł do kuchni. Zalał
sobie herbatę, którą uprzednio przygotował. Dodał 3 łyżeczki miodu, szczyptę
imbiru i połówkę plastra cytryny, po czym zamieszał łyżeczką w kubku. Był biały
w czarne łaty, a na środku widniała podobizna pyska krowy. Mężczyzna oparł się
o blat kuchenny i uniósł kubek z gorącą herbatą do ust. Podmuchał, a następnie
upił maleńki łyk. Uwielbiał gorącą herbatę, zwłaszcza w tak wietrzny dzień.
Tę cudowną
chwilę przerwało mu pukanie do drzwi. Po 3 szybkich stuknięciach podszedł i
otworzył gościowi.
- Nadia! Witaj! – mężczyzna sprawiał
wrażenie bardzo zadowolonego. – Jak zwykle punktualna. Proszę wejdź, nie
marznij.
Kobieta weszła do domu i
postawiła torbę na ziemi, obok szafki na buty.
- Eol, bardzo Ci dziękuję, że
mogę się tu chwilę zatrzymać z małą. Jestem Ci bardzo wdzięczna – uśmiechnęła
się do mężczyzny, ale był to fałszywy uśmiech, serce Nadii było rozdarte między
mężem, a dzieckiem.
- Oh nie ma sprawy, moja droga.
Może chcesz się czegoś napić? Zaparzę Ci herbaty, trochę tu chłodno – nie
czekając na odpowiedź Eol zaczął robić obiecany napar swojemu gościowi, chciał
uniknąć kontaktu wzrokowego. – A co się stało, że bez Metatrona wpadasz w
odwiedziny? Jakieś samotne wakacje się szykują? – mężczyzna był wyraźnie
zadowolony z braku partnera Nadii.
- Aaa, wiesz, dużo pracy ma –
skłamała. – Sporo ostatnio dusz przybyło i musi być w biurze. No wiesz,
biurokracja – Nadia wbiła wzrok w ziemię. – Razem z małą chcemy trochę
pozwiedzać, wiesz, zaczynam jej pokazywać świat.
Wzrok kobiety powędrował na
ścianę, na której poruszały się cienie. Drzewa za domem tańczyły w rytm wiatru,
a pożółkłe liście opadały na ziemię. Między tymi cieniami była jakaś
niezgodność. Jeden nie pasował do pozostałych. Był statyczny, żadna gałąź nie
poruszała się, nie kołysała. Liście nie spadały. Dziwne…
Uwagę Nadii
rozproszył dźwięk głosu Eola.
- Ooo, no właśnie, a jak tam
mała? Podałaś już jej jeden z napojów?
- To znaczy?
- No wiesz, ambrozję, nektar, amrytę?
Wiesz, że bez tego nie zyska nieśmiertelności? Może zginąć tu i teraz? –
mężczyzna był bardzo przejęty, chyba ciut za bardzo się przejął życiem małej.
Nadia
zmarszczyła brwi. Coś jej tu nie pasowało.
- Tak, wczoraj pierwszy raz
dostała nektar – Nadia ponownie skłamała. Eol zachowywał się dziwnie. Lepiej,
żeby nie interesował się akurat tą sprawą.
Mężczyzna
odetchnął z ulgą, dopiero teraz zauważył, że spiął wszystkie mięśnie. Przywołał
spokój na swoją twarz i wyprostował się. Zapomniał zalać herbatę. Szybko dokończył
ją robić i gestem wskazał Nadii aby usiadła przy szklanym stole. Postawił przed
nią kubek, był podobny do tego w krowę, tyle że ten miał kropki zamiast łat i
pysk dalmatyńczyka, zamiast krowiej głowy. Rozsiadł się wygodnie naprzeciwko niej
i spojrzał na dziecko, które spało w chuście przytulone do piersi matki. Kąciki
ust Eola uniosły się lekko.
- Jak ma na imię?
Nadia uśmiechnęła się i spojrzała
na śpiącą córkę.
- Naema.
Dziewczynka
poruszyła się i kichnęła. Otworzyła oczka, które już zaczęły zmieniać swój
kolor. Wewnątrz granatu widać było jasne obwódki wokół źrenic. Patrzyła przez
chwilę na mamę. Rozejrzała się na tyle, na ile mogła sobie pozwolić i
wyciągnęła małą rączkę w kierunku kobiety. Kiedy Nadia pochyliła głowę w jej
stronę, Naema złapała ją za policzek. Ale co innego przykuło jej uwagę, kosmyki
złotych włosów matki, opadające zaraz obok policzka wołały ją. Dziewczynka
złapała jeden z nich i pociągnęła w dół.
- Auuu – Nadia wykrzywiła się w
bólu i szybko zabrała swoje włosy z ręki dziecka.
Eol ukradkiem próbował
powstrzymać śmiech, który cisnął mu się na usta.
- Co Cię tak bawi przyjacielu? –
nad ich głowami rozległ się głos, zrobiło się gorąco, a szyby zaparowały.
Nadia poderwała się z miejsca i
zaczęła rozglądać się dokoła. To była mała izba, nieznajomy nie miałby gdzie
się schować. Objęła córkę dłońmi i spojrzała na Eola. Był spokojny. Zbyt
spokojny.
- Eol, o co tu chodzi? –
oskarżycielski ton kobiety uderzył w mężczyznę.
- Nadia, wybacz, to nie tak jak myślisz
– Eol próbował się wybielić, podczas gdy głos który usłyszeli zamilkł.
- Nie tak? A jak?
- Oj Nadio nie obwiniaj go za
swoje błędy – w momencie gdy te słowa rozbrzmiewały na środku pokoju pojawiły
się czerwone płomienie. Dostrzec można w nich było kontur jakiejś istoty, która
wyostrzyła się, kiedy ogień zniknął.
To była kobieta. A przynajmniej w
jakiejś części. Na głowie miała czarne rogi, które wyrastały z równie czarnych,
długich włosów. Okalały piękną twarz dziewczyny. Na sobie miała przylegającą do
ciała czerwoną kamizelkę, odsłaniającą wydatny biust, oraz równie ciasne, ale
czarne szorty, sięgające zaledwie do połowy pośladków. Nogi były pokryte kabaretkowymi
rajstopami a na stopach widniały wysokie czerwone szpilki. W dłoni trzymała
bat.
- Pandora…
***
Dziękuję, że jesteście, że czytacie, że mnie wspieracie. To bardzo motywujące, gdy wiem, że są tu jacyś czytelnicy i wyrażają swoją opinię. Zarówno te dobre, jak i te złe, bardzo mi pomagają. Wiem co zmienić, co dodać. Zatem, pomóżcie mi brnąć dalej przez tę opowieść. ;)