sobota, 19 sierpnia 2017

Rozdział 1



„Bo żyć możesz tylko tym, za co zgodzisz się umrzeć.”
Antoine de Saint-Exupéry
                W długim, szarym korytarzu, w ostatnim pokoju po prawej, słychać było ciche trzaski i co jakiś czas zgrzyty ocierających się mebli o podłogę. Pomieszczenie oświetlone było tylko słabym płomieniem świecy stojącej na szerokim, posrebrzanym stole. Jej światło rzucało cienie na gładką ścianę.
                Kobieta o złotych włosach co chwilę chodziła to do łóżka, to do szafy. Pakowała niezbędne rzeczy. Na jej twarzy malował się smutek dostrzegalny przez popuchnięte oczy, widać że wcześniej długo płakała. Targały nią silne emocje. Obok tej goryczy przelatywały co chwilę zawziętość, ale też niezdecydowanie.
Czy dobrze robi? Czy powinna uciekać z córką? Co chwilę zadawała sobie te pytania. Wiedziała tylko jedno. Metatron nie był tym samym mężczyzną, którego pokochała. Odrzucił ją, odrzucił ich córkę. Kiedyś myślała, że tylko on jest dla niej ważny, że zrobi dla niego wszystko. Ale podczas ciąży, podczas porodu, zdała sobie sprawę, że nikogo tak bardzo nigdy nie kochała jak tej małej istoty, która spoczywała teraz w chuście przewieszonej przez ramię kobiety.
Nadia stała na środku pokoju wpatrując się w córeczkę. Mała przebudziła się ziewając. Po chwili otarła sobie oczko grzbietem małej dłoni, którą zacisnęła w piąstkę i spojrzała na matkę wielkimi granatowymi oczami.
- Oj malutka… - Nadia uśmiechnęła się do córki a po jej policzkach popłynęły kolejne łzy. – Nawet nie wiesz ile czeka Cię przygód, pokażę Ci wszystkie kraje i miasta, zobaczysz wszystkie światy i spotkasz wszystkie istoty jakie tylko istnieją.
Mała patrzyła na nią ciekawskim spojrzeniem, jej mina wyrażała tylko tyle, że nie ma pojęcia co ta kobieta do niej mówi.
- Zobaczysz, będzie nam się dobrze żyło we dwójkę.
Kobieta wzięła torbę na ramię, przytuliła dziewczynkę lewą dłonią do piersi, po czym zamachnęła się drugą ręką tak jakby chciała uderzyć kogoś grzbietem dłoni w twarz, tylko mniej zamaszyście. Od razu za jej ręką zaczęła podążać strużka chłodnego powietrza, była widoczna, wyglądała jakby w jej wnętrzu zaczęła się burza śnieżna. Płatki jeden obok drugiego leciały za ręką swej Pani i wreszcie minęły dłoń otaczając jej ciało. Nadia w jednej chwili była otoczona wichurą którą stworzyła. Wyglądało to jak małe tornado śnieżne w centrum pokoju.
- Proszę, wietrze, zabierz mnie na Eolię, do swego stwórcy – Nadia puściła tę myśl przed siebie, tak by wiatr mógł ją pochłonąć i spełnić jej wolę.
Zaraz po wypowiedzeniu tych słów Nadia z dzieckiem zniknęły ze słabo oświetlonego pokoju. Została po nich tylko kupka śniegu.
~*~
Tymczasem…
                Wysoki mężczyzna biegł przed siebie potykając się co chwila o wyrastające przed jego nogami pnącza. Uciekał. Bał się tego co za nim podąża. Narastająca adrenalina i szybkie bicie serca potęgowały strach.
- Nigdy mi nie uciekniesz!!! Ona i tak będzie moja! – krzyknęła postać gdzieś za plecami uciekającego. – Metatronie! Myślisz, że uwolnisz się od tego uczucia? Hahaha – złowieszczy śmiech rozchodził się echem w jego głowie.
- Zostaw mnie w spokoju! – Archanioł zakrył sobie uszy dłońmi, myślał zapewne że to pomoże i przestanie słyszeć przerażający śmiech, który dudnił między ścianami jego czaszki.
- Oj skarbie... Wiesz przecież, że nie mogę.
- O co Ci chodzi?! – rzucił przez ramię mężczyzna po  czym potknął się o wystający korzeń. Władca nieba runął na ziemię i potarł ciałem o piach jeszcze dobry metr. Szybko odwrócił się na plecy i podparł na łokciach. – Kim jesteś?! Pokaż się! – krzyczał przed siebie, bojąc się co za chwilę zobaczy.
- Jak bardzo jesteś przerażony, o, nieśmiertelny? Ile dasz mi w zamian?
Metatron słyszał bicie swojego serca. Miał nadzieję, że oprawca nie dosłyszy go tak jak on. Choć wydawało mu się, że każdy w promieniu kilometra to usłyszał.
- Czego chcesz? – próbował powiedzieć to bardzo spokojnie, ale głos i tak mu drżał.
- Ooo, to już koniec naszej zabawy? Chcieliśmy się z Tobą jeszcze trochę pobawić… - jego głos wydawał się coraz głośniejszy. Jakby stał tuż obok.
Archanioł szybko się odwrócił za siebie wstając z ziemi. Oddech i bicie serca wcale nie zwalniały. Przeciwnie. Mężczyzna miał wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mu z piersi.
- GDZIE DO CHOLERY JESTEŚ?! POKAŻ SIĘ! – odpowiedziała mu cisza. Archanioł zrobił kółko wokół własnej osi, oglądając się czy nikt w pobliżu nie stoi. – CZEGO CHCESZ?! – tym razem powtórzył pytanie bardzo dobitnie, władczo. Wszystkie siły włożył by zabrzmiało to tak jak tego chciał.
Nie minęło pół minuty, a Metatron poczuł chłodne powietrze na karku. Zimny oddech sparaliżował mężczyznę, ze strachu nie mógł się ruszyć. Obok ramienia  zobaczył kościste, długie palce, które zacisnęły mu się na barku wbijając się boleśnie w skórę. Dłoń była poczerniała, jakby spalona. W nozdrza uderzył go smród palonego mięsa…
- Twojej córki…
                Metatron poderwał się i usiadł na łóżku.
- To tylko sen… - Powtarzał w myślach jak mantrę.
Po czole spłynęła mu strużka potu, ześliznęła się po nosie i zatopiła gdzieś w jedwabnej pościeli. Mężczyzna schował twarz w dłoniach i chwilę pomyślał, analizując sen.
- To coś… Hmm… To coś nie pochodziło z nieba, to na pewno. Śmierdziało spalenizną i miało okropny zimny oddech. No i ten głos… Głos pełen pewności siebie, lekko ochrypły i zimny, a przede wszystkim mroczny… I chce JEJ… - doszukiwał się wszystkiego co mogłoby mu pomóc w identyfikacji zagrożenia. – Co ja wygaduje? To TYLKO sen. Nie istnieje żadne zagrożenie! To absu… - w tym momencie Metatron zdał sobie sprawę, że Nadia nie leży z nim w łóżku. W zasadzie, wcale jej nie było w sypialni, a przynajmniej nie w zasięgu wzroku. – Nadia? – mężczyzna myślał, że może jest w łazience, ale nie doczekał się odzewu z jej strony.
                Mężczyzna zmarszczył czoło. Wstał z łóżka, tego samego na którym Nadia urodziła ich córkę, i podszedł do otwartego okna. Pomieszczenie znajdowało się na 1 piętrze ich wspólnego domu. A raczej pałacu. Metatron lubił przesadę. Ostatnie dni tym bardziej wprawiły go w stan tworzenia. Dodał kilka nowych pięter oraz powiększył, i tak już pokaźnych rozmiarów, ogród. Na dworze było jeszcze ciemno. Spojrzał na zegarek na ścianie za nim. Fluorescencyjne wskazówki bardzo się przydały, zegar wybił 3:15. Późno. Nadia powinna leżeć obok niego a nie chodzić gdzieś, niewiadomo gdzie.
                Podumał jeszcze chwilę, a następnie położył się z powrotem do łóżka. Nie będzie przecież robił afery z powodu jednego koszmaru. Nadia pewnie poszła na spacer z córką, bo ta nie mogła zasnąć, i na bank już wraca. Nie ma o co się martwić. Jutro obudzi się tuż obok niej i zobaczy jej piękną, anielską twarz.
~*~
Mężczyzna słysząc pisk czajnika wstał z drewnianego krzesła i podszedł do kuchni. Zalał sobie herbatę, którą uprzednio przygotował. Dodał 3 łyżeczki miodu, szczyptę imbiru i połówkę plastra cytryny, po czym zamieszał łyżeczką w kubku. Był biały w czarne łaty, a na środku widniała podobizna pyska krowy. Mężczyzna oparł się o blat kuchenny i uniósł kubek z gorącą herbatą do ust. Podmuchał, a następnie upił maleńki łyk. Uwielbiał gorącą herbatę, zwłaszcza w tak wietrzny dzień.
Tę cudowną chwilę przerwało mu pukanie do drzwi. Po 3 szybkich stuknięciach podszedł i otworzył gościowi.
- Nadia! Witaj! – mężczyzna sprawiał wrażenie bardzo zadowolonego. – Jak zwykle punktualna. Proszę wejdź, nie marznij.
Kobieta weszła do domu i postawiła torbę na ziemi, obok szafki na buty.
- Eol, bardzo Ci dziękuję, że mogę się tu chwilę zatrzymać z małą. Jestem Ci bardzo wdzięczna – uśmiechnęła się do mężczyzny, ale był to fałszywy uśmiech, serce Nadii było rozdarte między mężem, a dzieckiem.
- Oh nie ma sprawy, moja droga. Może chcesz się czegoś napić? Zaparzę Ci herbaty, trochę tu chłodno – nie czekając na odpowiedź Eol zaczął robić obiecany napar swojemu gościowi, chciał uniknąć kontaktu wzrokowego. – A co się stało, że bez Metatrona wpadasz w odwiedziny? Jakieś samotne wakacje się szykują? – mężczyzna był wyraźnie zadowolony z braku partnera Nadii.
- Aaa, wiesz, dużo pracy ma – skłamała. – Sporo ostatnio dusz przybyło i musi być w biurze. No wiesz, biurokracja – Nadia wbiła wzrok w ziemię. – Razem z małą chcemy trochę pozwiedzać, wiesz, zaczynam jej pokazywać świat.
Wzrok kobiety powędrował na ścianę, na której poruszały się cienie. Drzewa za domem tańczyły w rytm wiatru, a pożółkłe liście opadały na ziemię. Między tymi cieniami była jakaś niezgodność. Jeden nie pasował do pozostałych. Był statyczny, żadna gałąź nie poruszała się, nie kołysała. Liście nie spadały. Dziwne…
Uwagę Nadii rozproszył dźwięk głosu Eola.
- Ooo, no właśnie, a jak tam mała? Podałaś już jej jeden z napojów?
- To znaczy?
- No wiesz, ambrozję, nektar, amrytę? Wiesz, że bez tego nie zyska nieśmiertelności? Może zginąć tu i teraz? – mężczyzna był bardzo przejęty, chyba ciut za bardzo się przejął życiem małej.
                Nadia zmarszczyła brwi. Coś jej tu nie pasowało.
- Tak, wczoraj pierwszy raz dostała nektar – Nadia ponownie skłamała. Eol zachowywał się dziwnie. Lepiej, żeby nie interesował się akurat tą sprawą.
                Mężczyzna odetchnął z ulgą, dopiero teraz zauważył, że spiął wszystkie mięśnie. Przywołał spokój na swoją twarz i wyprostował się. Zapomniał zalać herbatę. Szybko dokończył ją robić i gestem wskazał Nadii aby usiadła przy szklanym stole. Postawił przed nią kubek, był podobny do tego w krowę, tyle że ten miał kropki zamiast łat i pysk dalmatyńczyka, zamiast krowiej głowy. Rozsiadł się wygodnie naprzeciwko niej i spojrzał na dziecko, które spało w chuście przytulone do piersi matki. Kąciki ust Eola uniosły się lekko.
- Jak ma na imię?
Nadia uśmiechnęła się i spojrzała na śpiącą córkę.
- Naema.
Dziewczynka poruszyła się i kichnęła. Otworzyła oczka, które już zaczęły zmieniać swój kolor. Wewnątrz granatu widać było jasne obwódki wokół źrenic. Patrzyła przez chwilę na mamę. Rozejrzała się na tyle, na ile mogła sobie pozwolić i wyciągnęła małą rączkę w kierunku kobiety. Kiedy Nadia pochyliła głowę w jej stronę, Naema złapała ją za policzek. Ale co innego przykuło jej uwagę, kosmyki złotych włosów matki, opadające zaraz obok policzka wołały ją. Dziewczynka złapała jeden z nich i pociągnęła w dół.
- Auuu – Nadia wykrzywiła się w bólu i szybko zabrała swoje włosy z ręki dziecka.
Eol ukradkiem próbował powstrzymać śmiech, który cisnął mu się na usta.
- Co Cię tak bawi przyjacielu? – nad ich głowami rozległ się głos, zrobiło się gorąco, a szyby zaparowały.
Nadia poderwała się z miejsca i zaczęła rozglądać się dokoła. To była mała izba, nieznajomy nie miałby gdzie się schować. Objęła córkę dłońmi i spojrzała na Eola. Był spokojny. Zbyt spokojny.
- Eol, o co tu chodzi? – oskarżycielski ton kobiety uderzył w mężczyznę.
- Nadia, wybacz, to nie tak jak myślisz – Eol próbował się wybielić, podczas gdy głos który usłyszeli zamilkł.
- Nie tak? A jak?
- Oj Nadio nie obwiniaj go za swoje błędy – w momencie gdy te słowa rozbrzmiewały na środku pokoju pojawiły się czerwone płomienie. Dostrzec można w nich było kontur jakiejś istoty, która wyostrzyła się, kiedy ogień zniknął.
To była kobieta. A przynajmniej w jakiejś części. Na głowie miała czarne rogi, które wyrastały z równie czarnych, długich włosów. Okalały piękną twarz dziewczyny. Na sobie miała przylegającą do ciała czerwoną kamizelkę, odsłaniającą wydatny biust, oraz równie ciasne, ale czarne szorty, sięgające zaledwie do połowy pośladków. Nogi były pokryte kabaretkowymi rajstopami a na stopach widniały wysokie czerwone szpilki. W dłoni trzymała bat.
- Pandora…

***

Dziękuję, że jesteście, że czytacie, że mnie wspieracie. To bardzo motywujące, gdy wiem, że są tu jacyś czytelnicy i wyrażają swoją opinię. Zarówno te dobre, jak i te złe, bardzo mi pomagają. Wiem co zmienić, co dodać. Zatem, pomóżcie mi brnąć dalej przez tę opowieść. ;)

piątek, 11 sierpnia 2017

Prolog



Mowa jest źródłem nieporozumień.
Antoine de Saint-Exupéry

                Wyobraź sobie równinę. Pustą, cichą, oświetloną promieniami słońca. Popatrz daleko, aż po horyzont, tam gdzie granica między ziemią a niebem zaciera się, przeistacza w cienką linię, którą mógłbyś zerwać dwoma ruchami palców u rąk. Widzisz? Nie? To jeszcze raz. Teraz spójrz w górę, no, wyżej. O tam gdzie błękit jest najsilniejszy, ponad twoją głową. Nie mruż oczu, zaraz się przyzwyczają do blasku słońca, szybciej niż myślisz. Kłęby białych chmur przelatują nad Tobą, a Ty tego nie dostrzegasz, będąc pochłoniętym przez pęd tego świata… Świata, który jest piękny, trzeba tylko przystanąć na chwilę by to dostrzec. Zaciekawiony? Dobrze, zatem opowiem Ci pewną historię. Historię, w którą uwierzysz, albo i nie. Osąd pozostawiam Tobie.
~*~
                Biały, marmurowy tron stał pośrodku Sali Tronowej, daleko ponad głowami śmiertelników. Nikt na ziemi nie zdawał sobie sprawy, że jakieś życie istnieje poza nimi. Owszem, wymyślali różne teorie na temat kosmitów, UFO, czy innych cywilizacjach w innej galaktyce. Byli też tacy, którzy wierzyli w Boga i byli święcie przekonani, że czuwa nad ich duszami. Niewielu jednak wytrwało w tym przekonaniu, prawie każdy po kilku miesiącach, latach swojej wiary odpuszczał sobie bujanie w obłokach i wracał do swojej szarej rzeczywistości.
                Obok tronu nerwowo przechadzał się wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Gęste blond włosy opadały mu na ramiona, a błękitne jak niebo oczy wpatrywały się w marmurową posadzkę zdobioną wzorami w błękitne romby. Co chwilę podnosił głowę a jego wzrok spoczywał na dużych, dębowych drzwiach, za którymi słychać było co jakiś czas pojękiwanie i krzyki. Metatron, bo tak miał ów mężczyzna na imię pełnił rolę Boga, a raczej jego prawej ręki, był archaniołem, który przekazuje innym wolę Bożą. Aktualnie musiał przeżywać najcięższą chwilę w życiu z jaką przyszło mu się zmierzyć. Raptem 10 minut temu powiadomiono go, że jego żona Nadia rodzi od 3 godzin.
- Niech ja go tylko dorwę w swoje łapska, wyślę go do Piekła na 7 lat za te zniewagę – co jakiś czas pomrukiwał pod nosem. – Nie mogli mi powiedzieć wcześniej? Co oni sobie myślą, że jak jestem na naradzie to nie przyjdę do własnej żony? Będę ojcem do chol… - mężczyzna zatrzymał się w pół słowa kiedy usłyszał dźwięk otwieranych drzwi.
- Panie mój, miłościwa Pani, Pana oczekuje.
Metatron nie czekał, aż kobieta skończy mówić. Wparował przez otwarte drzwi do wnętrza komnaty i od razu spojrzał na żonę. Obok niej stał archanioł Raziel i anioł Yeratel.
-Wyjść – warknął, nie patrząc w ich stronę.
Żaden z nich nie ważył się przeciwstawić Archaniołowi. W końcu był tu ich szefem. Nigdy jednak nie widzieli go w tak złym nastroju. Metatron nie wyżywał się na swoich poddanych i zawsze był dla wszystkich miły. Starał się wszystkim zapewnić dobry byt w niebie. Cała trójka, archanioł Raziel, anioł Yeratel i kobieta, która odbierała poród, wyszli z pokoju i cicho zamknęli za sobą drzwi. Gdy opuścili już pomieszczenie Metatron odetchnął z ulgą i podszedł do łóżka, na którym leżała Nadia. Wyglądało jakby unosiło się w powietrzu, pod pościelą widać było rąbek materaca okrytego satynowym prześcieradłem, a pod nim, nie było już nic prócz chmury, która ułożyła się w taki sposób by unosiła mebel na wysokości ud.
                Sztywne do tej pory kąciki ust uniosły się lekko na gładkiej twarzy Archanioła. Usiadł na krawędzi łóżka Nadii i spojrzał na żonę błękitnymi oczami. Kobieta wyglądała bardzo młodo, miała nieskazitelnie gładką, mleczną cerę, lekko zadarty nosek i piękne błękitne oczy, takie same jak jej wybranek serca. Złote loki były rozrzucone po poduszce na której leżała, gdzieniegdzie przykleiły się do mokrych policzków i czoła. Była bardzo zmęczona, opadała z sił, ale nie traciła hartu ducha, wiedziała że musi pozostać świadoma, póki Metatron nie zaakceptuje nowego członka rodziny. Od dawna pragnął syna, chciał wychować go na swoje podobieństwo i uczynić godnym następcą tronu.
                Archanioł wpatrzony był w małą istotę, którą Nadia tak czule tuliła do swej piersi. Radość go rozpierała, już wymyślał imię dla syna.
- Może nadamy mu jakieś stare, budzące podziw imię? Na przykład Muriel? Albo Azog? – mężczyzna był bardzo podniecony.
- Kochanie…
-O! o! Albo jakieś takie ziemskie, żeby był znany wśród śmiertelników? – Metatron nie zwracał uwagi na żonę, był wciągnięty w wymyślanie imienia. - Może Shane? A nie, to takie gwiazdorskie trochę, to, to może Gabriel? Trochę po naszemu, trochę po ichniemu? – Był z siebie bardzo dumny, to imię mu się spodobało.
- Skarbie... – Nadia nie odpuszczała, musiała coś powiedzieć mężowi.
- No! Gabriel będzie idealnie! – ciągnął dalej.
- METATRON! – krzyknęła Nadia i zaraz tego pożałowała, bo zakręciło jej się w głowie. W końcu nadal była osłabiona. Jakby tego było mało to dziecko zaczęło płakać. Kobieta przytuliła je mocniej do piersi i spojrzała wymownie na męża. Korzystając z tego, że wreszcie zamilkł, kontynuowała. – Możesz na chwilę przestać?
- Ale o co Ci chodzi? Nie podoba Ci się Gabriel? – Metatron był lekko zawiedziony. – Dobrze, ukochana, możemy dać mu inne imię – mężczyzna podszedł do swojej lubej i złapał ją czule za rękę.
- Nie o to chodzi… - Nadia spojrzała na dziecko, a potem znowu na Metatrona.
- A więc o co?
- Nie masz syna… - rzekła Nadia a po jej policzku potoczyła się złota łza. Od razu przerzuciła wzrok z męża na dziecko.
- O czym Ty mówisz? – Mężczyzna był zbity z tropu. Nie do końca rozumiał co tu się dzieje.  – Jak  to nie syna? – Siedział przed nią jak otępiały ze zbaraniałą miną.
- Urodziła Ci się córka… - mruknęła Nadia i spojrzała w oczy Metatronowi. – Przykro mi... Ale ona… - urwała w pół zdania widząc jak jej wybranek poderwał się z miejsca i ruszył w stronę drzwi.
Metatron zatrzymał się w pół kroku trzymając rękę na pozłacanej klamce. Uniósł głowię i spojrzał na Nadię.
- Miałaś dać mi syna, a Ty rozczarowałaś mnie… - mężczyzna patrzył na żonę z furią w oczach. Widać było, że nie tego się spodziewał, nie był przygotowany na taki obrót spraw. – Zatrzymaj ją sobie. Ale moim dzieckiem nie będzie – po czym wyszedł, trzaskając dębowymi drzwiami i zostawiając Nadię samą z dzieckiem.