piątek, 11 sierpnia 2017

Prolog



Mowa jest źródłem nieporozumień.
Antoine de Saint-Exupéry

                Wyobraź sobie równinę. Pustą, cichą, oświetloną promieniami słońca. Popatrz daleko, aż po horyzont, tam gdzie granica między ziemią a niebem zaciera się, przeistacza w cienką linię, którą mógłbyś zerwać dwoma ruchami palców u rąk. Widzisz? Nie? To jeszcze raz. Teraz spójrz w górę, no, wyżej. O tam gdzie błękit jest najsilniejszy, ponad twoją głową. Nie mruż oczu, zaraz się przyzwyczają do blasku słońca, szybciej niż myślisz. Kłęby białych chmur przelatują nad Tobą, a Ty tego nie dostrzegasz, będąc pochłoniętym przez pęd tego świata… Świata, który jest piękny, trzeba tylko przystanąć na chwilę by to dostrzec. Zaciekawiony? Dobrze, zatem opowiem Ci pewną historię. Historię, w którą uwierzysz, albo i nie. Osąd pozostawiam Tobie.
~*~
                Biały, marmurowy tron stał pośrodku Sali Tronowej, daleko ponad głowami śmiertelników. Nikt na ziemi nie zdawał sobie sprawy, że jakieś życie istnieje poza nimi. Owszem, wymyślali różne teorie na temat kosmitów, UFO, czy innych cywilizacjach w innej galaktyce. Byli też tacy, którzy wierzyli w Boga i byli święcie przekonani, że czuwa nad ich duszami. Niewielu jednak wytrwało w tym przekonaniu, prawie każdy po kilku miesiącach, latach swojej wiary odpuszczał sobie bujanie w obłokach i wracał do swojej szarej rzeczywistości.
                Obok tronu nerwowo przechadzał się wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Gęste blond włosy opadały mu na ramiona, a błękitne jak niebo oczy wpatrywały się w marmurową posadzkę zdobioną wzorami w błękitne romby. Co chwilę podnosił głowę a jego wzrok spoczywał na dużych, dębowych drzwiach, za którymi słychać było co jakiś czas pojękiwanie i krzyki. Metatron, bo tak miał ów mężczyzna na imię pełnił rolę Boga, a raczej jego prawej ręki, był archaniołem, który przekazuje innym wolę Bożą. Aktualnie musiał przeżywać najcięższą chwilę w życiu z jaką przyszło mu się zmierzyć. Raptem 10 minut temu powiadomiono go, że jego żona Nadia rodzi od 3 godzin.
- Niech ja go tylko dorwę w swoje łapska, wyślę go do Piekła na 7 lat za te zniewagę – co jakiś czas pomrukiwał pod nosem. – Nie mogli mi powiedzieć wcześniej? Co oni sobie myślą, że jak jestem na naradzie to nie przyjdę do własnej żony? Będę ojcem do chol… - mężczyzna zatrzymał się w pół słowa kiedy usłyszał dźwięk otwieranych drzwi.
- Panie mój, miłościwa Pani, Pana oczekuje.
Metatron nie czekał, aż kobieta skończy mówić. Wparował przez otwarte drzwi do wnętrza komnaty i od razu spojrzał na żonę. Obok niej stał archanioł Raziel i anioł Yeratel.
-Wyjść – warknął, nie patrząc w ich stronę.
Żaden z nich nie ważył się przeciwstawić Archaniołowi. W końcu był tu ich szefem. Nigdy jednak nie widzieli go w tak złym nastroju. Metatron nie wyżywał się na swoich poddanych i zawsze był dla wszystkich miły. Starał się wszystkim zapewnić dobry byt w niebie. Cała trójka, archanioł Raziel, anioł Yeratel i kobieta, która odbierała poród, wyszli z pokoju i cicho zamknęli za sobą drzwi. Gdy opuścili już pomieszczenie Metatron odetchnął z ulgą i podszedł do łóżka, na którym leżała Nadia. Wyglądało jakby unosiło się w powietrzu, pod pościelą widać było rąbek materaca okrytego satynowym prześcieradłem, a pod nim, nie było już nic prócz chmury, która ułożyła się w taki sposób by unosiła mebel na wysokości ud.
                Sztywne do tej pory kąciki ust uniosły się lekko na gładkiej twarzy Archanioła. Usiadł na krawędzi łóżka Nadii i spojrzał na żonę błękitnymi oczami. Kobieta wyglądała bardzo młodo, miała nieskazitelnie gładką, mleczną cerę, lekko zadarty nosek i piękne błękitne oczy, takie same jak jej wybranek serca. Złote loki były rozrzucone po poduszce na której leżała, gdzieniegdzie przykleiły się do mokrych policzków i czoła. Była bardzo zmęczona, opadała z sił, ale nie traciła hartu ducha, wiedziała że musi pozostać świadoma, póki Metatron nie zaakceptuje nowego członka rodziny. Od dawna pragnął syna, chciał wychować go na swoje podobieństwo i uczynić godnym następcą tronu.
                Archanioł wpatrzony był w małą istotę, którą Nadia tak czule tuliła do swej piersi. Radość go rozpierała, już wymyślał imię dla syna.
- Może nadamy mu jakieś stare, budzące podziw imię? Na przykład Muriel? Albo Azog? – mężczyzna był bardzo podniecony.
- Kochanie…
-O! o! Albo jakieś takie ziemskie, żeby był znany wśród śmiertelników? – Metatron nie zwracał uwagi na żonę, był wciągnięty w wymyślanie imienia. - Może Shane? A nie, to takie gwiazdorskie trochę, to, to może Gabriel? Trochę po naszemu, trochę po ichniemu? – Był z siebie bardzo dumny, to imię mu się spodobało.
- Skarbie... – Nadia nie odpuszczała, musiała coś powiedzieć mężowi.
- No! Gabriel będzie idealnie! – ciągnął dalej.
- METATRON! – krzyknęła Nadia i zaraz tego pożałowała, bo zakręciło jej się w głowie. W końcu nadal była osłabiona. Jakby tego było mało to dziecko zaczęło płakać. Kobieta przytuliła je mocniej do piersi i spojrzała wymownie na męża. Korzystając z tego, że wreszcie zamilkł, kontynuowała. – Możesz na chwilę przestać?
- Ale o co Ci chodzi? Nie podoba Ci się Gabriel? – Metatron był lekko zawiedziony. – Dobrze, ukochana, możemy dać mu inne imię – mężczyzna podszedł do swojej lubej i złapał ją czule za rękę.
- Nie o to chodzi… - Nadia spojrzała na dziecko, a potem znowu na Metatrona.
- A więc o co?
- Nie masz syna… - rzekła Nadia a po jej policzku potoczyła się złota łza. Od razu przerzuciła wzrok z męża na dziecko.
- O czym Ty mówisz? – Mężczyzna był zbity z tropu. Nie do końca rozumiał co tu się dzieje.  – Jak  to nie syna? – Siedział przed nią jak otępiały ze zbaraniałą miną.
- Urodziła Ci się córka… - mruknęła Nadia i spojrzała w oczy Metatronowi. – Przykro mi... Ale ona… - urwała w pół zdania widząc jak jej wybranek poderwał się z miejsca i ruszył w stronę drzwi.
Metatron zatrzymał się w pół kroku trzymając rękę na pozłacanej klamce. Uniósł głowię i spojrzał na Nadię.
- Miałaś dać mi syna, a Ty rozczarowałaś mnie… - mężczyzna patrzył na żonę z furią w oczach. Widać było, że nie tego się spodziewał, nie był przygotowany na taki obrót spraw. – Zatrzymaj ją sobie. Ale moim dzieckiem nie będzie – po czym wyszedł, trzaskając dębowymi drzwiami i zostawiając Nadię samą z dzieckiem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz