"Jeśliby karać każdego,
kto ma charakter przewrotny i zły, to kara nie ominie nikogo."
Juliusz Anneusz Seneka
Juliusz Anneusz Seneka
Spojrzałam na mały, damski
zegarek, który przypięty był do mojej prawej ręki. Na pierwszy rzut oka
wyglądał jak oryginalny Vostok Europe z białym skórzanym paskiem, tak samo
mleczno białą tarczą z dodatkiem złotych elementów oraz dodatkowymi mniejszymi
tarczami na minuty i godziny. Oj tak. Zajebiście byłoby mieć takie cudo w
swojej kolekcji. Jednakże mogłam cieszyć się zaledwie tanią podróbką zakupioną
na moje trzynaste urodziny.
Każdy
w sierocińcu dostawał coś minimalnie wartościowego aby mieć cząstkę własności,
o którą trzeba dbać. Trzynaście lat było wręcz idealnym wiekiem, do podarunku o
takim znaczeniu. Nie jest się za młodym aby rzucić gdzieś w kąt, ale też nie za
starym, przecież na prezenty nigdy nie jest się za starym. Jednak kiedy w wieku
piętnastu lat kończy się edukację obowiązkową, mało osób kontynuuje naukę. W
sierocińcu jest to prawie niemożliwe.
15.43, nie zdążę... - Słowa
rozbrzmiały w mojej głowie. Spojrzałam na Leona, nie ruszył się nawet o
centymetr. Wciąż, dumnie wyprostowany, siedział na lśniąco czerwonym motocyklu
wpatrując się we mnie. Zapadła głucha cisza. Nie chciałam wycofywać się z już
raz wypowiedzianego słowa.
-
To jak? - chłopak trzymał kask w wyciągniętej do mnie ręce.
Lekko
się rumieniąc podeszłam bliżej odbierając od niego czarne, dość ciężkie jak
zauważyłam, okrycie głowy.
-
Dzięki.
Leon
bez słowa, z szerokim uśmiechem na twarzy, pomógł mi zapiąć klamry od kasku i
wsiąść na ścigacza.
-
To gdzie jedziemy? - zapytał.
-
Emm... - zastanawiałam się co powiedzieć. Wyznać mu prawdę? Czy może jednak
zachować wszystko dla siebie i udawać, że mieszkam gdzieś w przeciętnej
dzielnicy? Kłamstwo w takich sprawach w przyszłości niezbyt wychodzi na dobre,
ale aby była jakakolwiek przyszłość tej znajomości, to trzeba skłamać, on może
uciec, wyrobić o mnie złą opinię, nigdy się już do mnie nie odezwać.
-
Naema? - chłopak postanowił przypomnieć o sobie, wciąż czekał na moją
odpowiedź.
-
Kojarzysz skrzyżowanie Dimitriadosa i Xenofontosa? - wybrałam chyba
najmądrzejszą opcję jaką zdołałam wymyślić. Podwiezie mnie do punktu
orientacyjnego, a dalej sobie dojdę sama. On się nie dowie, a ja nie skłamałam.
I wszyscy szczęśliwi.
-
Tam gdzie jest kino?
-
Dokładnie tam.
Leon
uśmiechnął się, widziałam kąciki jego ust kiedy uruchamiał motocykl. Nawet
dobrze, że nie zadawał więcej pytań. Mogę rozmawiać o wszystkim, byle nie o
domu dziecka, na który z góry zostałam skazana. Po chwili chłopak objął siebie
moimi rękoma w pasie i ściskając je dodał:
-
Tylko mocno się trzymaj - kiwnęłam tylko głową i mocno zamknęłam oczy.
Leon znał drogę, czułam jak
umiejętnie manewrował maszyną pomiędzy wąskimi uliczkami Wolos. Było to w
zasadzie bardzo małe miasteczko, stukrotnie mniejsze od Aten. Położone na
północ od stolicy Grecji przy Zatoce Pagasyjskiej. Mimo niewielkich rozmiarów
Wolos było tu praktycznie wszystko, basen, kino, kompleks sportowy w pakiecie
ze stadionem, kilka szkół, dom dziecka oczywiście, a nawet Muzeum Historii
Naturalnej. W sumie niczego tutaj ludziom nie brakowało. Prócz zimy. Jestem
pewna że dziewięćdziesiąt procent mieszkańców nie widziało śniegu, wliczając w
to mnie. Za to pożary, susza i trzęsienie ziemi są tutaj na porządku dziennym.
Po przejechaniu kilku większych
skrzyżowań staliśmy na światłach tuż przed miejscem docelowym.
-
Na pewno mam Cię tutaj wysadzić? - ton głosu chłopaka wskazywał, że nie jest
zbytnio zadowolony z tego faktu.
-
Tak, mieszkam tuż za rogiem, dam sobie radę.
-
Masz podwózkę praktycznie pod sam dom, a Ty chcesz drałować z buta?
W
tym momencie Leon gwałtownie ruszył skracając za światłami w lewo, a następnie
w prawo gdzie wjechał na chodnik biegnący tuż obok kina. Zatrzymał się dopiero
przy ruinach stojącego tu niegdyś amfiteatru.
-
Dziękuję Ci, dam sobie dalej radę sama - dałam mu buziaka w policzek w ramach
podziękowań i odwracając się na pięcie ruszyłamw stronę Domu Dziecka, do
którego zostało mi kilka przecznic.
Przez moment udało mi się iść
samotnie z dumnie uniesioną głową, że postawiłam na swoim. Sielanka nie trwała
zbyt długo. Już po chwili, trwającej zaledwie z dwie, może trzy minuty,
dostrzegłam kątem oka połyskujący czerwienią metal, który sunął obok mnie.
-
Leon co Ty do cholery robisz? - fuknęłam na kolegę. Czy on nie mógł sobie
odpuścić?
-
Muszę Cię przecież odprowadzić. A jak ktoś Cię napadnie?! - Leon zasłonił
dłonią usta, które uformował w wielkie O, pokazując tym samym ironicznie zdziwienie.
Nie skomentowałam tego. Zamiast tego pokręciłam przecząco głową. Kto by
pomyślał, że on może być aż tak namolny?
-
I?
-
Co i? - chłopak widocznie nie zrozumiał o co pytam.
-
I co wtedy? - uniosłam pytająco brwi i wyczekiwałam odpowiedzi. Słysząc że nie
nadchodzi, krótko wyjaśniłam o co mi chodzi. - No jak mnie ktoś napadnie.
-
No jak to co? - zrobił minę, jakby dowiedział się, że jego ulubiona drużyna
piłkarska nie weszła do Ligii Mistrzów. - Wtedy będę Cię bronił! - zaczął
udawać jedną ręką że boksuje niewidzialnego przeciwnika. - Napastnik nie ma ze
mną żaaaaadnych szans!
Mimo złości na chłopaka, zdołał
mnie rozbawić swoim małym przedstawieniem. Uznałam, że nie zaszkodzi jeśli
kilka przecznic mi potowarzyszy. Spróbuję mu po prostu uciec, albo też wmówić
że mieszkam gdzie indziej. A jak się nie uda to istnieją dwie opcje. W
najlepszym wypadku zaakceptuje to kim jestem i nadal będzie chciał mnie poznać,
a w najgorszym niestety zerwie ze mną kontakt, nie chcąc mieć nic wspólnego z
kimś takim jak ja. Nie miałam zbyt wielu opcji do wyboru, ale mogłam zacząć się
martwić tym dopiero za jakieś sześć przecznic.
Mijaliśmy co chwilę przechodniów,
którzy oburzeni małą ilością miejsca na chodniku, na głos wygłaszali swoje
niezadowolenie kierując w naszą stronę niemile komentarze:
Motor tutaj?; Wynoś się stąd!; Nie było ulicy obok?!; Ślepy jesteś? Tam masz jezdnię! Byli też tacy, którzy nie zwracali uwagi na motocykl, a na kierowcę, który na nim siedział. Nie za młody jesteś?! Gówniarz myśli, że dorósł! Oboje zgodnie postanowiliśmy zignorować wszystkich i udawać, że na chodniku jesteśmy tylko i wyłącznie my sami.
Motor tutaj?; Wynoś się stąd!; Nie było ulicy obok?!; Ślepy jesteś? Tam masz jezdnię! Byli też tacy, którzy nie zwracali uwagi na motocykl, a na kierowcę, który na nim siedział. Nie za młody jesteś?! Gówniarz myśli, że dorósł! Oboje zgodnie postanowiliśmy zignorować wszystkich i udawać, że na chodniku jesteśmy tylko i wyłącznie my sami.
Mimo wszystko głos przechodniów
chcąc nie chcąc docierał do moich uszu, więc niektóre słowa po prostu
dopuszczałam do mózgu przetwarzając ich sens. Komentarz o naszym wieku był
bardzo sensowny, dla ludzi którzy zwyczajnie nie rozumieją jak działa system
policyjny Grecji. Leon był moim rówieśnikiem, a to oznaczało że może mieć około
piętnastu, szesnastu lat. Policja nie zwracała uwagi na wiek, posiadanie kasku,
szybką jazdę czy przejeżdzanie na czerwonym. Dopóki nikt nikogo nie zabił, ani
nie popełnił samobójstwa, nie wtrącali się. Czasem coś ich tknęło i wlepiali
mandaty na potęgę, ale kiedy nie robi się tego przez dłuższy czas to czego się
spodziewać? Statystyki muszą się zgadzać.
-
Mówiłaś, że to kawałek do Ciebie. Przecież mogłem Cię podwieźć - Leon nie był
zadowolony, już bliżej było mu do naburmuszenia.
-
No to tuż za rogiem - trzeba coś wymyślić. Jak mu uciec?
-
Naema... - chłopak pokręcił głową. - Wciskasz mi ten kit od czterech przecznic.
Wolos jest małe, ale nie aż tak. Powiedz po prostu, że chciałaś ze mną spędzić
więcej czasu - uśmiechnął się odsłaniając białe zęby i wypiął dumnie pierś.
Brakowało mu tylko napuszonego pawiego ogona, który uwydatniłby ten
obraz.
Zmarszczyłam brwi i
przeanalizowałam usłyszane słowa. Ja? Specjalnie to zrobiłam, aby spędzić z nim
czas? Kurde, to całkiem dobre alibi. Mogłabym spalić buraka, uciec i będzie to
w pełni uzasadnione. Trzeba wykorzystywać okazje.
-
Ja? - zaczęłam się jąkać i uciekać wzrokiem w niewidzialny, lewy róg ekranu,
który widniał tylko w mojej wyobraźni.
-
No Ty, Ty - oj Leon był widocznie zadowolony z siebie. No kto by nie był?
-
Nie prawda - czułam, że zaczynam wyglądać jak burak, i to wcale nie dlatego, że
nim jestem. Tylko dlatego, że po prostu minimalnie się zestresowałam jak do
cholery mam wyjść z tej sytuacji obronną ręką. - Myślę, że coś sobie
ubzdurałeś.
Chłopak
nie odezwał się, jego jedynym komentarzem było westchnięcie. Oj miał on
cierpliwość. Nie wiem komu chciałoby się mnie odprowadzać taki kawałek. I to
prowadząc motocykl, jazda na nim w tym momencie mijała się z celem, jeszcze by
kogoś staranował.
Z
każdym krokiem zbliżaliśmy się do sierocińca, jak tu uciec? Dochodziliśmy
właśnie do przedostatniej przecznicy. Za chwilę będzie za późno na ucieczkę.
-
No mówiłam Ci, że to za rogiem. Tutaj w lewo - zarzuciłam głową we wskazanym
kierunku i po chwili gwałtownie skręciłam.
Zrobiło
się tak wąsko, że Leon musiał iść po ulicy. Raczej nie miał nic przeciwko. Krok
za krokiem szedł tuż obok mnie, rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Było wspaniale,
mogłabym godzinami spędzać z nim czas, gdyby nie mały, bardzo istotny fakt, że
dziś akurat było mi to wybitnie nie na rękę. W pewnym momencie zobaczyłam
staruszkę wychodzącą z domu, zostawiła drzwi otwarte i skierowała się w stronę
ogródka, gdzie kwitły piękne kwiaty. To była moja szansa.
-
Leon to już tutaj - spojrzałam szybko na zegarek. O cholera, dziesięć minut do
apelu. - Cholera, przepraszam, spieszę się, dziękuję Ci za wszystko - i
ucałowałam go w policzek, odwróciłam się i odbiegłam najszybciej jak się dało.
Znów to zrobiłam, identycznie jak wcześniej. Mam nadzieję, że to nie będzie tak
wyglądało za każdym razem, o ile będą kolejne razy.
Nie widziałam wzroku chłopaka,
słyszałam tylko jak krzyknął za mną coś na pożegnanie. Rozglądając się i
badając teren wbiegłam ukradkiem przez otwarte drzwi do małego, przyulicznego
domku. Omiotłam nieznany mi teren wzrokiem i spokojnie uznałam, że w zasięgu
wzroku nikt się nie znajduje. Nikogo też nie słyszałam, najwidoczniej ta
starsza pani mieszka tutaj zupełnie sama. Przeszłam na palcach przez główny
korytarz i znalazłam się w salonie. Wstyd się przyznać, ale nigdy jeszcze nie
byłam w takim prawdziwym domu. Wszystko było dla mnie nowe. Aneks kuchenny,
znajdujący się po mojej prawej stronie, połączony z salonem, wyglądał bardzo
przytulnie. Bryła z zewnątrz tego budynku w żadnym aspekcie nie oddawała
wnętrza pomieszczeń, kompletnie inna bajka, jakbyś przeszedł przez drzwi do
Narnii.
Skończywszy
się zachwycać widokiem zauważyłam, że coś łasi się do mojej nogi. Mała ruda
kulka kręciła ósemki pomiędzy adidasami co chwilę mrucząc i pomiaukując.
-
Kulka? Coś się stało? - dobiegł mnie głos starszej pani zza drzwi. Kurwa,
kobieta miała wybitnie dobry słuch, jak? Ja się pytam. Jak można mieć na
starość taki słuch?! Usłyszałam kroki, zbliżała się do mnie.
W
napadzie mini paniki pierwsze co rzuciło mi się w oczy było, sporej wielkości,
okno. Podeszłam do niego najszybciej jak się dało, tak aby nie narobić
niepotrzebnego hałasu, i otworzyłam.
-
Miaaaaaau - rudzielec podszedł do mnie i ponownie się łasił. Czy ten kot ma
wbudowany jakiś alarm?
-
Już idę Kuleczko, już. Pańcia da Ci zaraz jeść - głos kobiety słychać było już
wewnątrz domu.
Jednym
susem pokonałam granicę między domem a trawnikiem i nie oglądając się za siebie
pobiegłam do sierocińca.
-
Chyba dwie minuty spóźnienia mi wybaczą - stwierdziłam sama siebie przekonując,
że tak musi być.
Po chwili stałam przed bramą
wejściową Domu Dziecka. Jeszcze niedawno jej tutaj nie było, ogrodzono cały
teren i wprowadzono takie zabezpieczenia, po bardzo nieudanej ucieczce mojego
kolegi. Udało mu się zwiać dosłownie dwie ulice dalej gdzie potrącił go samochód.
Od tamtej pory system się zmienił, wprowadzono godziny policyjne, apele, mury.
Nie to, żeby wcześniej ich nie było, po prostu nie były, aż tak bardzo
respektowane.
-
Pięć minut spóźnienia! - ochroniarz Marcel, nie bardzo za mną przepadający mężczyzna,
czepiał się każdej spóźnionej minuty.
-
Trzy Marcel. Trzy, nie pięć - poprawiłam go.
-
Na moim zegarku pięć panno Orfano.
Orfano... Znów to cholerne
nazwisko. W sierocińcu nikt nie posiadał własnego nazwiska, identyfikowano nas
po imieniu, bo to jedyne co każdy z nas dostał przed trafieniem do tego
okropnego miejsca. "Orfano" znaczy dosłownie
"Sierota" po grecku. Trafnie, nie? Na szczęście nie za wiele osób
wiedziało o tym z zewnątrz, i lepiej aby tak zostało.
-
Wygodne dla ciebie, co nie? Nie musisz zapamiętywać żadnego imienia, przyznaj,
to Twój pomysł z tymi nazwiskami - uśmiechnęłam się szyderczo i ruszyłam przed
siebie.
-
Masz iść do... - usłyszałam donośny głos za sobą, nie dokończył zdania,
zrobiłam to za niego.
-
Do dyrektorki. Tak wiem, wiem, nie spinaj się tak - machnęłam ręką na niego i
skierowałam się do gabinetu naszej "ukochanej" Pani Dyrektor.
Pokój znajdował się na ostatnim
piętrze, sześciokondygnacyjnego budynku. Stanowczo za dużo stopni. Była winda,
owszem, ale tylko dla personelu. Obdrapane korytarze, skrzypiący parkiet pod
ciężarem ciała kiedy stąpało się po złych deskach, świszczący wiatr
przedzierający się przez rozszczelnione okna, można byłoby spokojnie nakręcić
tutaj horror.
Zapukałam do drzwi Pani Kokkinos i
usłyszawszy krótkie "wejść", nacisnęłam na klamkę. Przekroczyłam
próg, po czym stanęłam przed biurkiem dyrektorki, nie próbując nawet na nią
spoglądać. Mój wzrok błąkał się po szarej ścianie za jej plecami, czerwonymi
zasłonami osłaniającymi przed nadmiarem światła, czarnym karniszu nad otworami
okiennymi. Grunt to nie patrzeć jej w oczy.
-
Imię? - rzuciła pytaniem nie podnosząc wzroku znad kartki papieru, na której
skrupulatnie coś notowała.
-
Naema - po mojej krótkiej, acz znaczącej odpowiedzi, kobieta spojrzała na mnie.
Oparła łokcie o stół i splotła palce.
-
Apel się zaczął, co tutaj robisz? - jej głos był lodowaty, pogardliwy, jakby
zwracała się do psa żebrzącego o kawałeczek kosteczki.
-
Spóźnienie, trzy minuty - musiało to wyglądać bardzo karykaturalnie, ona
siedziała wyluzowana, z nienawiścią w oczach, ja stałam na baczność, niemalże
jak w wojsku. Trochę jak generał i żołnierz.
-
Pięć - poprawiła mnie dyrektorka. Boże co oni mają z tymi minutami. Marcel
musiał już ją poinformować.
-
Przepraszam, muszę się nie zgodzić, trzy - nie będą mi wmawiać, że
kłamię.
-
Nie kłam! - uderzyła otwartą dłonią o blat stołu. Nie widziałam jej twarzy, jej
pogardliwej miny, wciąż starałam się patrzeć na ścianę. Kiedy między nami
zaległa cisza kobieta wstała i obchodząc biurko dokoła, stanęła przede mną
opierając się o nie. - Wyciągnij rękę.
-
Ale... - chciałam zaprotestować, że przecież to tylko trzy minuty, że nic złego
nie zrobiłam.
-
Ręka! - Posłusznie wyciągnęłam przed siebie lewą rękę. - Prawa.
Nie mogłam w to uwierzyć.
Poważnie? Prawa? Kurwa mać, pojebało ją. Nie miałam zbyt wielkiego wyboru, nikt
nie miał. Albo posłuszeństwo stuprocentowe i dach nad głową, albo bunt i ulica.
Niektórzy wolą żyć pod mostem. Ja nie byłam na to gotowa. Opuściłam więc jedną
rękę i uniosłam drugą. Dyrektorka złapała mocno mój nadgarstek i podwinąwszy
rękaw do łokcia odsłoniła gołą skórę. Wyciągnęła z kieszeni małe pudełeczko i
otworzyła zgrabnie jednym palcem. Odłożywszy na biurko wyciągnęła, jedną z wielu
tam leżących, żyletkę. Dobrze, że chociaż nowe, nieużywane i przede wszystkim
sterylne. Przyłożyła ją do mojej ręki przy zgięciu łokcia.
-
To za spóźnienie - przeciągnęła szybkim ruchem metalem po skórze. Przez moment
napawała się tym widokiem, wciąż trzymając mój nadgarstek. Po chwili przyłożyła
żyletkę do miejsca minimalnie położonego wyżej. - A to za kłamstwo.
I w tym momencie mnie zaskoczyła,
spojrzałam na nią po raz pierwszy w życiu. Prosto na spalony kawałek twarzy,
który widniał zaraz obok prawego oka. Rana sięgała od czoła po kość
policzkową. Gdy jej wzrok napotkał mój przeciągnęła żyletką po skórze dwa razy
mocniej. Minimalnie ją wkurwiłam.
-
Coś jeszcze? - zapytałam ze słyszalną nienawiścią w głosie. Nie oczekując
odpowiedzi wyszarpnęłam rękę i odwróciłam się na pięcie. - Do widzenia Pani
Kokkinos.
Aima
Kokkinos. Ta kurwa jeszcze mi za to zapłaci. "Czerowna krew"
czy to nie ironiczne? Rodzice wiedzieli jak ją nazwać. Chyba wyczytali jej
zboczenie w gwiazdach.
Trzasnęłam drzwiami i skierowałam
się w stronę najbliższej łazienki. Obmyłam krwawiącą rękę pod wodą i papierem
toaletowym docisnęłam rany widniejące obok kilku swoich starszych sióstr.
-
Kurwa mać, znów to samo...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz