piątek, 27 kwietnia 2018

Rozdział 4


"Jeśli­by ka­rać każde­go, kto ma cha­rak­ter przew­rotny i zły, to ka­ra nie omi­nie nikogo."
Juliusz Anneusz Seneka
Spojrzałam na mały, damski zegarek, który przypięty był do mojej prawej ręki. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak oryginalny Vostok Europe z białym skórzanym paskiem, tak samo mleczno białą tarczą z dodatkiem złotych elementów oraz dodatkowymi mniejszymi tarczami na minuty i godziny. Oj tak. Zajebiście byłoby mieć takie cudo w swojej kolekcji. Jednakże mogłam cieszyć się zaledwie tanią podróbką zakupioną na moje trzynaste urodziny.
Każdy w sierocińcu dostawał coś minimalnie wartościowego aby mieć cząstkę własności, o którą trzeba dbać. Trzynaście lat było wręcz idealnym wiekiem, do podarunku o takim znaczeniu. Nie jest się za młodym aby rzucić gdzieś w kąt, ale też nie za starym, przecież na prezenty nigdy nie jest się za starym. Jednak kiedy w wieku piętnastu lat kończy się edukację obowiązkową, mało osób kontynuuje naukę. W sierocińcu jest to prawie niemożliwe.
15.43, nie zdążę... - Słowa rozbrzmiały w mojej głowie. Spojrzałam na Leona, nie ruszył się nawet o centymetr. Wciąż, dumnie wyprostowany, siedział na lśniąco czerwonym motocyklu wpatrując się we mnie. Zapadła głucha cisza. Nie chciałam wycofywać się z już raz wypowiedzianego słowa.
- To jak? - chłopak trzymał kask w wyciągniętej do mnie ręce.
Lekko się rumieniąc podeszłam bliżej odbierając od niego czarne, dość ciężkie jak zauważyłam, okrycie głowy.
- Dzięki.
Leon bez słowa, z szerokim uśmiechem na twarzy, pomógł mi zapiąć klamry od kasku i wsiąść na ścigacza.
- To gdzie jedziemy? - zapytał.
- Emm... - zastanawiałam się co powiedzieć. Wyznać mu prawdę? Czy może jednak zachować wszystko dla siebie i udawać, że mieszkam gdzieś w przeciętnej dzielnicy? Kłamstwo w takich sprawach w przyszłości niezbyt wychodzi na dobre, ale aby była jakakolwiek przyszłość tej znajomości, to trzeba skłamać, on może uciec, wyrobić o mnie złą opinię, nigdy się już do mnie nie odezwać.
- Naema? - chłopak postanowił przypomnieć o sobie, wciąż czekał na moją odpowiedź.
- Kojarzysz skrzyżowanie Dimitriadosa i Xenofontosa? - wybrałam chyba najmądrzejszą opcję jaką zdołałam wymyślić. Podwiezie mnie do punktu orientacyjnego, a dalej sobie dojdę sama. On się nie dowie, a ja nie skłamałam. I wszyscy szczęśliwi.
- Tam gdzie jest kino?
- Dokładnie tam.
Leon uśmiechnął się, widziałam kąciki jego ust kiedy uruchamiał motocykl. Nawet dobrze, że nie zadawał więcej pytań. Mogę rozmawiać o wszystkim, byle nie o domu dziecka, na który z góry zostałam skazana. Po chwili chłopak objął siebie moimi rękoma w pasie i ściskając je dodał:
- Tylko mocno się trzymaj - kiwnęłam tylko głową i mocno zamknęłam oczy.
Leon znał drogę, czułam jak umiejętnie manewrował maszyną pomiędzy wąskimi uliczkami Wolos. Było to w zasadzie bardzo małe miasteczko, stukrotnie mniejsze od Aten. Położone na północ od stolicy Grecji przy Zatoce Pagasyjskiej. Mimo niewielkich rozmiarów Wolos było tu praktycznie wszystko, basen, kino, kompleks sportowy w pakiecie ze stadionem, kilka szkół, dom dziecka oczywiście, a nawet Muzeum Historii Naturalnej. W sumie niczego tutaj ludziom nie brakowało. Prócz zimy. Jestem pewna że dziewięćdziesiąt procent mieszkańców nie widziało śniegu, wliczając w to mnie. Za to pożary, susza i trzęsienie ziemi są tutaj na porządku dziennym.
Po przejechaniu kilku większych skrzyżowań staliśmy na światłach tuż przed miejscem docelowym.
- Na pewno mam Cię tutaj wysadzić? - ton głosu chłopaka wskazywał, że nie jest zbytnio zadowolony z tego faktu.
- Tak, mieszkam tuż za rogiem, dam sobie radę.
- Masz podwózkę praktycznie pod sam dom, a Ty chcesz drałować z buta?
W tym momencie Leon gwałtownie ruszył skracając za światłami w lewo, a następnie w prawo gdzie wjechał na chodnik biegnący tuż obok kina. Zatrzymał się dopiero przy ruinach stojącego tu niegdyś amfiteatru.
- Dziękuję Ci, dam sobie dalej radę sama - dałam mu buziaka w policzek w ramach podziękowań i odwracając się na pięcie ruszyłamw stronę Domu Dziecka, do którego zostało mi kilka przecznic.
Przez moment udało mi się iść samotnie z dumnie uniesioną głową, że postawiłam na swoim. Sielanka nie trwała zbyt długo. Już po chwili, trwającej zaledwie z dwie, może trzy minuty, dostrzegłam kątem oka połyskujący czerwienią metal, który sunął obok mnie.
- Leon co Ty do cholery robisz? - fuknęłam na kolegę. Czy on nie mógł sobie odpuścić?
- Muszę Cię przecież odprowadzić. A jak ktoś Cię napadnie?! - Leon zasłonił dłonią usta, które uformował w wielkie O, pokazując tym samym ironicznie zdziwienie. Nie skomentowałam tego. Zamiast tego pokręciłam przecząco głową. Kto by pomyślał, że on może być aż tak namolny?
- I?
- Co i? - chłopak widocznie nie zrozumiał o co pytam.
- I co wtedy? - uniosłam pytająco brwi i wyczekiwałam odpowiedzi. Słysząc że nie nadchodzi, krótko wyjaśniłam o co mi chodzi. - No jak mnie ktoś napadnie.
- No jak to co? - zrobił minę, jakby dowiedział się, że jego ulubiona drużyna piłkarska nie weszła do Ligii Mistrzów. - Wtedy będę Cię bronił! - zaczął udawać jedną ręką że boksuje niewidzialnego przeciwnika. - Napastnik nie ma ze mną żaaaaadnych szans!
Mimo złości na chłopaka, zdołał mnie rozbawić swoim małym przedstawieniem. Uznałam, że nie zaszkodzi jeśli kilka przecznic mi potowarzyszy. Spróbuję mu po prostu uciec, albo też wmówić że mieszkam gdzie indziej. A jak się nie uda to istnieją dwie opcje. W najlepszym wypadku zaakceptuje to kim jestem i nadal będzie chciał mnie poznać, a w najgorszym niestety zerwie ze mną kontakt, nie chcąc mieć nic wspólnego z kimś takim jak ja. Nie miałam zbyt wielu opcji do wyboru, ale mogłam zacząć się martwić tym dopiero za jakieś sześć przecznic.
Mijaliśmy co chwilę przechodniów, którzy oburzeni małą ilością miejsca na chodniku, na głos wygłaszali swoje niezadowolenie kierując w naszą stronę niemile komentarze:     
Motor tutaj?; Wynoś się stąd!; Nie było ulicy obok?!; Ślepy jesteś? Tam masz jezdnię! Byli też tacy, którzy nie zwracali uwagi na motocykl, a na kierowcę, który na nim siedział. Nie za młody jesteś?! Gówniarz myśli, że dorósł! Oboje zgodnie postanowiliśmy zignorować wszystkich i udawać, że na chodniku jesteśmy tylko i wyłącznie my sami.
Mimo wszystko głos przechodniów chcąc nie chcąc docierał do moich uszu, więc niektóre słowa po prostu dopuszczałam do mózgu przetwarzając ich sens. Komentarz o naszym wieku był bardzo sensowny, dla ludzi którzy zwyczajnie nie rozumieją jak działa system policyjny Grecji. Leon był moim rówieśnikiem, a to oznaczało że może mieć około piętnastu, szesnastu lat. Policja nie zwracała uwagi na wiek, posiadanie kasku, szybką jazdę czy przejeżdzanie na czerwonym. Dopóki nikt nikogo nie zabił, ani nie popełnił samobójstwa, nie wtrącali się. Czasem coś ich tknęło i wlepiali mandaty na potęgę, ale kiedy nie robi się tego przez dłuższy czas to czego się spodziewać? Statystyki muszą się zgadzać.
- Mówiłaś, że to kawałek do Ciebie. Przecież mogłem Cię podwieźć - Leon nie był zadowolony, już bliżej było mu do naburmuszenia. 
- No to tuż za rogiem - trzeba coś wymyślić. Jak mu uciec? 
- Naema... - chłopak pokręcił głową. - Wciskasz mi ten kit od czterech przecznic. Wolos jest małe, ale nie aż tak. Powiedz po prostu, że chciałaś ze mną spędzić więcej czasu - uśmiechnął się odsłaniając białe zęby i wypiął dumnie pierś. Brakowało mu tylko napuszonego pawiego ogona, który uwydatniłby ten obraz. 
Zmarszczyłam brwi i przeanalizowałam usłyszane słowa. Ja? Specjalnie to zrobiłam, aby spędzić z nim czas? Kurde, to całkiem dobre alibi. Mogłabym spalić buraka, uciec i będzie to w pełni uzasadnione. Trzeba wykorzystywać okazje. 
- Ja? - zaczęłam się jąkać i uciekać wzrokiem w niewidzialny, lewy róg ekranu, który widniał tylko w mojej wyobraźni. 
- No Ty, Ty - oj Leon był widocznie zadowolony z siebie. No kto by nie był? 
- Nie prawda - czułam, że zaczynam wyglądać jak burak, i to wcale nie dlatego, że nim jestem. Tylko dlatego, że po prostu minimalnie się zestresowałam jak do cholery mam wyjść z tej sytuacji obronną ręką. - Myślę, że coś sobie ubzdurałeś.
Chłopak nie odezwał się, jego jedynym komentarzem było westchnięcie. Oj miał on cierpliwość. Nie wiem komu chciałoby się mnie odprowadzać taki kawałek. I to prowadząc motocykl, jazda na nim w tym momencie mijała się z celem, jeszcze by kogoś staranował. 
Z każdym krokiem zbliżaliśmy się do sierocińca, jak tu uciec? Dochodziliśmy właśnie do przedostatniej przecznicy. Za chwilę będzie za późno na ucieczkę.
- No mówiłam Ci, że to za rogiem. Tutaj w lewo - zarzuciłam głową we wskazanym kierunku i po chwili gwałtownie skręciłam.
Zrobiło się tak wąsko, że Leon musiał iść po ulicy. Raczej nie miał nic przeciwko. Krok za krokiem szedł tuż obok mnie, rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Było wspaniale, mogłabym godzinami spędzać z nim czas, gdyby nie mały, bardzo istotny fakt, że dziś akurat było mi to wybitnie nie na rękę. W pewnym momencie zobaczyłam staruszkę wychodzącą z domu, zostawiła drzwi otwarte i skierowała się w stronę ogródka, gdzie kwitły piękne kwiaty. To była moja szansa.
- Leon to już tutaj - spojrzałam szybko na zegarek. O cholera, dziesięć minut do apelu. - Cholera, przepraszam, spieszę się, dziękuję Ci za wszystko - i ucałowałam go w policzek, odwróciłam się i odbiegłam najszybciej jak się dało. Znów to zrobiłam, identycznie jak wcześniej. Mam nadzieję, że to nie będzie tak wyglądało za każdym razem, o ile będą kolejne razy.
Nie widziałam wzroku chłopaka, słyszałam tylko jak krzyknął za mną coś na pożegnanie. Rozglądając się i badając teren wbiegłam ukradkiem przez otwarte drzwi do małego, przyulicznego domku. Omiotłam nieznany mi teren wzrokiem i spokojnie uznałam, że w zasięgu wzroku nikt się nie znajduje. Nikogo też nie słyszałam, najwidoczniej ta starsza pani mieszka tutaj zupełnie sama. Przeszłam na palcach przez główny korytarz i znalazłam się w salonie. Wstyd się przyznać, ale nigdy jeszcze nie byłam w takim prawdziwym domu. Wszystko było dla mnie nowe. Aneks kuchenny, znajdujący się po mojej prawej stronie, połączony z salonem, wyglądał bardzo przytulnie. Bryła z zewnątrz tego budynku w żadnym aspekcie nie oddawała wnętrza pomieszczeń, kompletnie inna bajka, jakbyś przeszedł przez drzwi do Narnii.
Skończywszy się zachwycać widokiem zauważyłam, że coś łasi się do mojej nogi. Mała ruda kulka kręciła ósemki pomiędzy adidasami co chwilę mrucząc i pomiaukując.
- Kulka? Coś się stało? - dobiegł mnie głos starszej pani zza drzwi. Kurwa, kobieta miała wybitnie dobry słuch, jak? Ja się pytam. Jak można mieć na starość taki słuch?! Usłyszałam kroki, zbliżała się do mnie.
W napadzie mini paniki pierwsze co rzuciło mi się w oczy było, sporej wielkości, okno. Podeszłam do niego najszybciej jak się dało, tak aby nie narobić niepotrzebnego hałasu, i otworzyłam.
- Miaaaaaau - rudzielec podszedł do mnie i ponownie się łasił. Czy ten kot ma wbudowany jakiś alarm?
- Już idę Kuleczko, już. Pańcia da Ci zaraz jeść - głos kobiety słychać było już wewnątrz domu.
Jednym susem pokonałam granicę między domem a trawnikiem i nie oglądając się za siebie pobiegłam do sierocińca.
- Chyba dwie minuty spóźnienia mi wybaczą - stwierdziłam sama siebie przekonując, że tak musi być.
Po chwili stałam przed bramą wejściową Domu Dziecka. Jeszcze niedawno jej tutaj nie było, ogrodzono cały teren i wprowadzono takie zabezpieczenia, po bardzo nieudanej ucieczce mojego kolegi. Udało mu się zwiać dosłownie dwie ulice dalej gdzie potrącił go samochód. Od tamtej pory system się zmienił, wprowadzono godziny policyjne, apele, mury. Nie to, żeby wcześniej ich nie było, po prostu nie były, aż tak bardzo respektowane.
- Pięć minut spóźnienia! - ochroniarz Marcel, nie bardzo za mną przepadający mężczyzna, czepiał się każdej spóźnionej minuty.
- Trzy Marcel. Trzy, nie pięć - poprawiłam go.
- Na moim zegarku pięć panno Orfano.
Orfano... Znów to cholerne nazwisko. W sierocińcu nikt nie posiadał własnego nazwiska, identyfikowano nas po imieniu, bo to jedyne co każdy z nas dostał przed trafieniem do tego okropnego miejsca. "Orfano"  znaczy dosłownie "Sierota" po grecku. Trafnie, nie? Na szczęście nie za wiele osób wiedziało o tym z zewnątrz, i lepiej aby tak zostało.
- Wygodne dla ciebie, co nie? Nie musisz zapamiętywać żadnego imienia, przyznaj, to Twój pomysł z tymi nazwiskami - uśmiechnęłam się szyderczo i ruszyłam przed siebie.
- Masz iść do... - usłyszałam donośny głos za sobą, nie dokończył zdania, zrobiłam to za niego.
- Do dyrektorki. Tak wiem, wiem, nie spinaj się tak - machnęłam ręką na niego i skierowałam się do gabinetu naszej "ukochanej" Pani Dyrektor.
Pokój znajdował się na ostatnim piętrze, sześciokondygnacyjnego budynku. Stanowczo za dużo stopni. Była winda, owszem, ale tylko dla personelu. Obdrapane korytarze, skrzypiący parkiet pod ciężarem ciała kiedy stąpało się po złych deskach, świszczący wiatr przedzierający się przez rozszczelnione okna, można byłoby spokojnie nakręcić tutaj horror.
Zapukałam do drzwi Pani Kokkinos i usłyszawszy krótkie "wejść", nacisnęłam na klamkę. Przekroczyłam próg, po czym stanęłam przed biurkiem dyrektorki, nie próbując nawet na nią spoglądać. Mój wzrok błąkał się po szarej ścianie za jej plecami, czerwonymi zasłonami osłaniającymi przed nadmiarem światła, czarnym karniszu nad otworami okiennymi. Grunt to nie patrzeć jej w oczy.
- Imię? - rzuciła pytaniem nie podnosząc wzroku znad kartki papieru, na której skrupulatnie coś notowała.
 - Naema - po mojej krótkiej, acz znaczącej odpowiedzi, kobieta spojrzała na mnie. Oparła łokcie o stół i splotła palce.
- Apel się zaczął, co tutaj robisz? - jej głos był lodowaty, pogardliwy, jakby zwracała się do psa żebrzącego o kawałeczek kosteczki.
- Spóźnienie, trzy minuty - musiało to wyglądać bardzo karykaturalnie, ona siedziała wyluzowana, z nienawiścią w oczach, ja stałam na baczność, niemalże jak w wojsku. Trochę jak generał i żołnierz.
- Pięć - poprawiła mnie dyrektorka. Boże co oni mają z tymi minutami. Marcel musiał już ją poinformować. 
- Przepraszam, muszę się nie zgodzić, trzy - nie będą mi wmawiać, że kłamię. 
- Nie kłam! - uderzyła otwartą dłonią o blat stołu. Nie widziałam jej twarzy, jej pogardliwej miny, wciąż starałam się patrzeć na ścianę. Kiedy między nami zaległa cisza kobieta wstała i obchodząc biurko dokoła, stanęła przede mną opierając się o nie. - Wyciągnij rękę.
- Ale... - chciałam zaprotestować, że przecież to tylko trzy minuty, że nic złego nie zrobiłam.
- Ręka! - Posłusznie wyciągnęłam przed siebie lewą rękę. - Prawa.
Nie mogłam w to uwierzyć. Poważnie? Prawa? Kurwa mać, pojebało ją. Nie miałam zbyt wielkiego wyboru, nikt nie miał. Albo posłuszeństwo stuprocentowe i dach nad głową, albo bunt i ulica. Niektórzy wolą żyć pod mostem. Ja nie byłam na to gotowa. Opuściłam więc jedną rękę i uniosłam drugą. Dyrektorka złapała mocno mój nadgarstek i podwinąwszy rękaw do łokcia odsłoniła gołą skórę. Wyciągnęła z kieszeni małe pudełeczko i otworzyła zgrabnie jednym palcem. Odłożywszy na biurko wyciągnęła, jedną z wielu tam leżących, żyletkę. Dobrze, że chociaż nowe, nieużywane i przede wszystkim sterylne. Przyłożyła ją do mojej ręki przy zgięciu łokcia.
- To za spóźnienie - przeciągnęła szybkim ruchem metalem po skórze. Przez moment napawała się tym widokiem, wciąż trzymając mój nadgarstek. Po chwili przyłożyła żyletkę do miejsca minimalnie położonego wyżej. - A to za kłamstwo.
I w tym momencie mnie zaskoczyła, spojrzałam na nią po raz pierwszy w życiu. Prosto na spalony kawałek twarzy, który widniał  zaraz obok prawego oka. Rana sięgała od czoła po kość policzkową. Gdy jej wzrok napotkał mój przeciągnęła żyletką po skórze dwa razy mocniej. Minimalnie ją wkurwiłam.
- Coś jeszcze? - zapytałam ze słyszalną nienawiścią w głosie.  Nie oczekując odpowiedzi wyszarpnęłam rękę i odwróciłam się na pięcie. - Do widzenia Pani Kokkinos.
Aima Kokkinos. Ta kurwa jeszcze mi za to zapłaci. "Czerowna krew"  czy to nie ironiczne? Rodzice wiedzieli jak ją nazwać. Chyba wyczytali jej zboczenie w gwiazdach.
Trzasnęłam drzwiami i skierowałam się w stronę najbliższej łazienki. Obmyłam krwawiącą rękę pod wodą i papierem toaletowym docisnęłam rany widniejące obok kilku swoich starszych sióstr.
- Kurwa mać, znów to samo...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz