sobota, 14 kwietnia 2018

Rozdział 3

"Przy­jaźń poz­naję po tym, że nic nie może jej za­wieść (...)"
Antoine de Saint-Exupery

- Naema! Tutaj! – na końcu żółtego autobusu zobaczyłam machającą do mnie rękę mojej najlepszej przyjaciółki Kamary. 
Jak zwykle miała na sobie ukochaną dżinsową kurtkę i czarne spodnie, a jej rude loki rozchodziły się we wszystkie strony świata. Uśmiechnęłam się na jej widok i poszłam w jej kierunku, spoglądając ukradkiem na zielonookiego bruneta, który siedział dwa siedzenia przed Kamarą.
- Hejka – przytuliła mnie do siebie i przyjrzała się mojej twarzy. Spojrzała kilka razy to na mnie, to na chłopaka, na którego wcześniej spoglądałam. – Naema! Dlaczego mi nie powiedziałaś! – oburzona odwróciła głowę w stronę okna. – Rumienisz się – dodała szeptem, tak by nikt poza mną nie usłyszał tych słów.
Szybko dotknęłam swoich policzków i od razu poczułam chłód. Przewróciłam oczami, głęboko westchnęłam, po czym położyłam głowę na ramieniu mojej przyjaciółki.
- I tak mnie kochasz – te słowa zawsze działały rozluźniająco na naszą dwójkę, jak magiczne Abrakadabra, po którym wszystko wraca do normy.
- No wiem, wiem – zaśmiała się. Wiedziałam, że to zadziała.
Resztę drogi spędziłyśmy na powtórce do egzaminu z mitologii greckiej.
- Ci wszyscy bogowie są tyle warci co zeszłoroczny śnieg – westchnęłam do siebie. – Po co nam to? Przecież jest to całkowicie bezużyteczna wiedza, która nigdy nam się w życiu nie przyda.
- Oj Naema, ogarnij się. Ja tam lubię te klimaty, przynajmniej można myśleć, że prócz nas ktoś tam jest i ten świat nie jest taki ponury.
- Ponury? Kamara słyszysz siebie? Spójrz przez okno. Masz trzydzieści stopni w cieniu. To Grecja.
- Wiesz, że nie o to mi chodzi...
- Tak wiem, wiem – naprawdę ją rozumiałam. Dziewczyna nie ma lekkiego życia, rodziców i starszego brata straciła w wypadku samochodowym i musi mieszkać z prawdziwym ojcem, który nigdy się nią nie interesował. W zasadzie dziwię się, że w ogóle ją przyjął do siebie, ale jednak prawo to prawo.
Gdy dojechaliśmy na miejsce, a kierowca otworzył drzwi, do środka wleciało gorące powietrze. Nikomu chyba nie chciało się ruszyć, bo wszyscy jak jeden mąż siedzieli dalej w klimatywanym autobusie. Ale czas to czas, nie pokonamy go, w końcu trzeba było podnieść zadek i wyjść na ten skwar.
- Chodź Kamara, zaraz zaczynamy egzamin, a nie chcę znowu siedzieć w pierwszej ławce - na samo wspomnienie ostatniego testu z historii zrobiło mi się niedobrze. Nadal nie mam pojęcia jak udało mi się go zaliczyć. 
Zanim moja przyjaciółka wstała zdążyłam jeszcze spojrzeć na Leona, który właśnie wychodził. Kamara chyba to przyuważyła, bo sprzedała mi lekkiego kuksańca pod żebra śmiejąc się.
- Już go tak nie obserwuj. Po prostu z nim zagadaj. Wiesz, że jesteś śliczna, tak? - zadała mi pytanie.
Postanowiłam, że najzwyczajniej w świecie zignoruję to co powiedziała i udam, że nigdy nie miało miejsca. Odwróciłam się więc na pięcie i ruszyłam w stronę wyjścia. Usłyszałam jak Kamara wzdycha i podąża za mną.
Kiedy wysiadłyśmy naszym oczom ukazała się szkoła. Od tak zwyczajny budynek gdzieniegdzie się rozsypujący.
- Dobra, szybka powtórka. Kim była Hestia? - Kamara szła obok mnie przez główny plac przed budynkiem liceum.
- Kto?
- Hestia - moja przyjaciółka najwidoczniej myślała, że ogarniam imię, ale po prostu nie dosłyszałam. Kiedy jednak nadal na mojej twarzy widniała mina zbaraniałego łosia postanowiła wyjaśnić kto to jest. - Taka grecka bogini sierot. Taka co to mogłaby mi i Tobie pomóc trochę w życiu.
- Eee... - ostatnio Kamara uwielbiała wtrącać dziwne stwierdzenia w środek naszych rozmów.  Przypuszczam, że dopadł ją etap dojrzewania i rozmyślania nad sensem własnej egzystencji.
- Kobieto czy Ty się w ogóle się uczyłaś? - chyba uruchomiłam w niej zapalnik po tym jak przez dłuższy czas milczałam.
- Tak uczyłam się, przecież to wiem. Tylko po prostu jest zakopane głęboko w odmętach mojego mózgu. Przecież robiłyśmy powtórkę. Wiesz, że sporo wiem - zaczęłam się tłumaczyć jak małe dziecko, które zostało przyłapane na kradnięciu ciasteczka z kuchni babci.
- Dziś sprawdzian. Jeśli go nie zaliczysz będziesz zagro... - Kamara nie skończyła swojego zdania, ponieważ uciszyłam ją kładąc dłoń na jej ustach. Przechodziliśmy obok Leona, nie chciałam aby usłyszał te żenującą prawdę.
Musiałam przez dłuższą chwilę gapić się na przystojnego bruneta, bo Kamara odepchnęła moją rękę i zaczerpnęła z rozmachem powietrza. Kiedy  uspokoiła się, najwidoczniej zapominając o poprzednim temacie, uśmiechnęła się pod nosem i pokręciła głową lekko wzdychając.
- Oj Naema, Naema. Moja biedna naiwna Naema. Kiedy nauczysz się, że mnie się takich rzeczy nie pokazuje? - moja przyjaciółka zaśmiała się cicho pod nosem i korzystając z okazji, że byłam kompletnie oszołomiona, pchnęła mnie na stojącego nieopodal chłopaka.
Nieprzygotowana na taki obrót spraw poleciałam wprost na Leona. Jego koledzy zamiast uprzedzić go o lecącej na niego dziewczynie, poszli w ślady Kamary i popchnęli go na mnie. Spotkaliśmy się w pół drogi na trawniku przed szkołą, on leżący na ziemi, a ja leżąca na nim. Przez dobre pół minuty leżeliśmy wpatrując się w sobie oczy, oboje zaskoczeni i onieśmieleni. Poczułam jak na moją twarz wypływa rumieniec, jego usta tak bliskie moich, w mojej głowie szumiało, a serce łopotało w piersi.
- Heeeej... - w pewnym momencie usłyszałam głos wydobywający się z ust chłopaka pode mną.
- Cześć... - głos Leona trochę mnie otrzeźwił, więc zamiast przygniatać kolegę w tak nietypowych okolicznościach, postanowiłam wstać i uwolnić go od mojego ciężaru. - Przepraszam, nie chciałam - podałam mu dłoń, aby pomóc mu wstać. Tym razem to chyba ja go onieśmieliłam, bo dostrzegłam jak się rumieni. Widać nie spodziewał się, że przejmę inicjatywę i tak szybko się pozbieram.
- Nic, ekhm, nic nie szkodzi. To ja powinienem przeprosić - wstał o własnych siłach i uścisnął mi dłoń przedstawiając się. - Jestem Leon - uśmiechnął się pokazując mi swoje białe zęby.
- Naema. 
Przez chwilę staliśmy rozmawiając o wszystkim co się dało - ile ma lat, do której klasy chodzi, której nauczycielki nie znosi, jaki sport uprawia. Ja też odpowiedziałam mu na kilka pytań, na moje szczęście nie zapytał o rodzinę. Musiałabym powiedzieć, że mieszkam sierocińcu. Po paru chwilach zadzwonił dzwonek, a ja uświadomiłam sobie, że Kamara na pewno już czeka w sali od historii i zaczyna pisać sprawdzian.
- Cholera - zaklęłam pod nosem. - Wybacz, muszę już lecieć - i pobiegłam w kierunku drzwi frontowych nie oglądając się za siebie.
Po chwili, a w zasadzie dwóch minutach, wbiegłam do sali cała zdyszana, czułam krople potu spływające mi po plecach. Miałam szczęście, Pani Amanatidis gdzieś wyszła, a spod okna machała do mnie ręka Kamary. Siedziała na ławce energicznie machając nogami.
- Co jest? Gdzie babeczka? - podeszłam do mojej przyjaciółki, która poklepała miejsce obok siebie zapraszając mnie do wskoczenia na szkolny stolik.
- Wiedźma poszła do dyra. Przyszedł cały zbulwersowany i zabrał ją do siebie - zanim Kamara zdążyła odpowiedzieć, zrobił to nasz dobry kolega Aleksander, który właśnie stanął obok nas.
- I nic nie powiedziała? Będzie ten sprawdzian czy nie? - tak bardzo chciałabym aby to przełożyła na inny dzień. Albo jeszcze lepiej. Odwołała kompletnie. Z marzeń wyrwała mnie Kamara klepiąc mnie wierzchem dłoni o ramię.
- Ty nie myśl, że się wykręcisz. Jak tam z Leonem? - rudowłosa siedziała jak na szpilkach, przygryzała dolną wargę. - Długo Cię nie było.
- O! Dziękuję że mi przypomniałaś! - dostała ode mnie lekkiego kuksańca pięścią w rękę. - Więcej mi tak nie rób! Wiesz, że miałam ochotę zapaść się pod ziemię?!
- Ale wyszło prawda?! - Kamara uniosła dłonie na wysokość barków w geście wycofania się.
Biedny Alex stał obok nas i patrzył na tę dramatyczną scenę kręcąc tylko głową.
- Alex powiedz jej, że zrobiłam to dla jej dobra! Leon to naprawdę fajne ciacho, nie rozumiem czemu tak się na mnie wkurza - oczywiście rudowłosa udawała zaskoczoną.
- Ja nie jestem w temacie. Ale przyznaję, że Leon to jedna z lepszych partii. Wcale nie dziwię się, że Ci się podoba Nem - Alex był gejem. Więc nie dziwnym było, że zwrócił uwagę na Leona, pewnie też mu się skrycie podobał. Nigdy jednak nie rozmawiałyśmy z nim na temat obiektów westchnień.
W tym momencie do klasy weszła Pani Amanatidis. W ręku miała laptopa i płytę.
- Dobrze, niestety Pan dyrektor zabrał nam dobre piętnaście minut - rozejrzała się po klasie po czym zaczęła rozkładać sprzęt. - Puszczę wam film o greckich bogach, a sprawdzian zrobimy za tydzień - wszyscy zgromadzeni zaczęli się cieszyć wywołując u nauczycielki uśmiech na twarzy.
Wcale nie dziwne, że była nazywana wiedźmą. Pani Amanatidis, już podchodząca pod pięćdziesiątkę, lekko się garbiła przez co jej długie siwe włosy sięgały niemalże do uda. Fakt, że skórę miała całą pomarszczoną, jak to u osób starszych bywa, zamiast odejmować, tylko jej dodawał lat. Poza tym wzrok także był już nie ten co kiedyś, okulary z okrągłymi szkłami ułożone były wygodnie na garbowym nosie. Wypisz, wymaluj Babajaga. Do pełnego obrazu brakowało jej miotły i chatki z piernika.
Kolejne minuty spędziliśmy na oglądaniu filmu dokumentalnego, który wyświetlał się na białej ścianie naprzeciwko tablicy. Właśnie zaczynał się wątek herosów, kiedy Kamara szturchnęła mnie lekko podając kartkę z napisaną wiadomością:
I jak było?
Mimo, że na samo wspomnienie chwili sprzed trzydziestu minut uśmiechnęłam się i tak przewróciłam oczami.  Chwyciłam ołówek, który rudowłosa podsunęła mi wraz z kartką i naskrobałam odpowiedź:
Nic nadzwyczajnego, zwykła rozmowa.
Nie żartuj. Nie było Cię kawał czasu. Widziałam jak na Ciebie patrzył.
Momentalnie otrzymałam odpowiedź. Na samo wspomnienie zarumieniłam się lekko. Kamara nie mogła tego dostrzec, ale w głębi duszy cieszyłam się jak dziecko, które rodzice zabrali do Lunaparku na najfajniejszą kolejkę świata.
Trochę porozmawialiśmy. Nic poza tym.
Umówiłaś się z nim?
Nie...
Naszą mini konserwację przerwał dzwonek lekcyjny. Nareszcie.
- Gdzie mamy teraz? - zwróciłam się do najbliższych mi znajomych.
- W 216, matematyka - widziałam jak Alex krzywi się na samą myśl o geometrii przestrzennej. - Gdybym mógł to bym uciekł z tej budy.
Całkiem przyjemna wizja, uciec i już nie wracać. Ale dokąd? Deficyt członków rodziny, a raczej całkowity jej brak, nie pomaga w podejmowaniu życiowych decyzji.
Reszta dnia była bardzo nudna. Siedem godzin lekcyjnych między którymi były dziesięciominutowe przerwy. Dzień jak co dzień. Kiedy nadszedł wyczekiwany, końcowy dzwonek lekcyjny razem z przyjaciółmi zerwaliśmy się z miejsc i wybiegliśmy z sali.
- Idziemy do parku, idziesz z nami? - twarz Kamary skierowana była w moją stronę. Tak, to pytanie definitywnie było wypowiedziane do mnie.
- Nie mogę... Dziś apel, w zasadzie to za godzinę. Jak mnie znowu nie będzie, wyrzucą mnie - chciałam iść z nimi. Ale sierociniec nie dawał takiego pola manewru jak własny dom. Alex mieszkał z mamą i młodszym bratem, a Kamara od pięciu lat była u znienawidzonego ojca. - Kiedy indziej.
- No jasne - Alex uśmiechnął się i odchodząc z rudowłosą dziewczyną pomachali mi na pożegnanie.
Musiałam się spieszyć, autobus odjeżdżał za pięć minut, nie mogłam się spóźnić. Przechodząc przez główny plac przyglądałam się roślinności, która rosła wkoło. Muszę przyznać, że teren przed budynkiem był naprawdę bardzo dobrze zagospodarowany. Soczyście zielone trawniki, na których uczniowie mogli odpoczywać pomiędzy zajęciami, drzewa oliwne, w cieniu których można było skryć się przed wybitnie parzącym słońcem, a także gdzieniegdzie posadzone żółte wilczomlecze i białe mirty, które po prostu skupiały na sobie wzrok. Gdzieniegdzie postawiono ławki i kosze na śmieci. Ponadto teren otoczony został szpalerem cyprysów, tak aby zamknąć przestrzeń przed niechcianymi spojrzeniami przechodniów. Miejsce po prostu idealne dla gimnazjalistów. 
Wychodząc na chodnik, obok którego stał czekający na mnie kaczy autobus, drogę zagrodziła mi postać znajomego mi mężczyzny siedzącego na motorze. Szczęka mi omal nie opadła kiedy Leon zatrzymał się przede mną i swoją uwagę skierował wyraźnie na mnie.
- Naema, tak? - odezwał się pierwszy. Skinęłam tylko głową nadal nie mogąc z siebie wydusić krzty litery. - Podwieźć Cię? - po chwilowej ciszy z mojej strony, bo wciąż byłam w niemałym szoku, odezwał się ponownie. - Uciekłaś tak nagle, dobrze nam się gadało, więc uznałem, że może chciałabyś?
- Chciałabym co? - chyba przestałam go słuchać, bo bredziłam trzy po trzy.
- Żebym Cię podwiózł - uśmiechnął się i lekko zaśmiał pod nosem. Sprzedałam sobie mentalnego sierpowego i ogarnęłam się do tego stopnia, aby kontaktować choć na minimalnym poziomie.
- Wybacz, ale chyba jednak pojadę autobusem - i wyminęłam go, najzwyczajniej w świecie wyminęłam to boskie ciacho, które po trzech latach wzdychania na jego widok, wreszcie zaczęło zwracać na mnie uwagę. Kiedy obeszłam motor okazało się, że autobus zdążył odjechać. No tak, byłam tak skupiona na Leonie, że nie zauważyłam tego. Odwróciłam się na pięcie i ku mojemu zaskoczeniu on nadal tam stał. Nie odjechał, nie odpalił silnika, nie zaczął przygotowywać się do drogi. Wciąż stał w tej samej, luźnej pozycji obserwując mnie.
- Chyba jednak nie masz czym - wyszczerzył zęby powtarzając moje wcześniejsze sformułowanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz