"Przyjaźń poznaję po tym, że nic nie może jej zawieść (...)"
Antoine de Saint-Exupery
Antoine de Saint-Exupery
- Naema! Tutaj! – na końcu żółtego autobusu zobaczyłam machającą do mnie rękę mojej najlepszej przyjaciółki Kamary.
Jak zwykle miała na
sobie ukochaną dżinsową kurtkę i czarne spodnie, a jej rude loki
rozchodziły się we wszystkie strony świata. Uśmiechnęłam się na jej
widok i poszłam w jej kierunku, spoglądając ukradkiem na zielonookiego
bruneta, który siedział dwa siedzenia przed Kamarą.
- Hejka – przytuliła
mnie do siebie i przyjrzała się mojej twarzy. Spojrzała kilka razy to na
mnie, to na chłopaka, na którego wcześniej spoglądałam. – Naema!
Dlaczego mi nie powiedziałaś! – oburzona odwróciła głowę w stronę okna. –
Rumienisz się – dodała szeptem, tak by nikt poza mną nie usłyszał tych
słów.
Szybko dotknęłam swoich
policzków i od razu poczułam chłód. Przewróciłam oczami, głęboko
westchnęłam, po czym położyłam głowę na ramieniu mojej przyjaciółki.
- I tak mnie kochasz –
te słowa zawsze działały rozluźniająco na naszą dwójkę, jak magiczne
Abrakadabra, po którym wszystko wraca do normy.
- No wiem, wiem – zaśmiała się. Wiedziałam, że to zadziała.
Resztę drogi spędziłyśmy na powtórce do egzaminu z mitologii greckiej.
- Ci wszyscy bogowie są
tyle warci co zeszłoroczny śnieg – westchnęłam do siebie. – Po co nam
to? Przecież jest to całkowicie bezużyteczna wiedza, która nigdy nam się
w życiu nie przyda.
- Oj Naema, ogarnij się.
Ja tam lubię te klimaty, przynajmniej można myśleć, że prócz nas ktoś
tam jest i ten świat nie jest taki ponury.
- Ponury? Kamara słyszysz siebie? Spójrz przez okno. Masz trzydzieści stopni w cieniu. To Grecja.
- Wiesz, że nie o to mi chodzi...
- Tak wiem, wiem –
naprawdę ją rozumiałam. Dziewczyna nie ma lekkiego życia, rodziców i
starszego brata straciła w wypadku samochodowym i musi mieszkać z
prawdziwym ojcem, który nigdy się nią nie interesował. W zasadzie dziwię
się, że w ogóle ją przyjął do siebie, ale jednak prawo to prawo.
Gdy dojechaliśmy na
miejsce, a kierowca otworzył drzwi, do środka wleciało gorące powietrze.
Nikomu chyba nie chciało się ruszyć, bo wszyscy jak jeden mąż siedzieli
dalej w klimatywanym autobusie. Ale czas to czas, nie pokonamy go, w
końcu trzeba było podnieść zadek i wyjść na ten skwar.
- Chodź Kamara, zaraz
zaczynamy egzamin, a nie chcę znowu siedzieć w pierwszej ławce - na samo
wspomnienie ostatniego testu z historii zrobiło mi się niedobrze. Nadal
nie mam pojęcia jak udało mi się go zaliczyć.
Zanim moja przyjaciółka
wstała zdążyłam jeszcze spojrzeć na Leona, który właśnie wychodził.
Kamara chyba to przyuważyła, bo sprzedała mi lekkiego kuksańca pod żebra
śmiejąc się.
- Już go tak nie obserwuj. Po prostu z nim zagadaj. Wiesz, że jesteś śliczna, tak? - zadała mi pytanie.
Postanowiłam, że
najzwyczajniej w świecie zignoruję to co powiedziała i udam, że nigdy
nie miało miejsca. Odwróciłam się więc na pięcie i ruszyłam w stronę
wyjścia. Usłyszałam jak Kamara wzdycha i podąża za mną.
Kiedy wysiadłyśmy naszym oczom ukazała się szkoła. Od tak zwyczajny budynek gdzieniegdzie się rozsypujący.
- Dobra, szybka powtórka. Kim była Hestia? - Kamara szła obok mnie przez główny plac przed budynkiem liceum.
- Kto?
- Hestia - moja
przyjaciółka najwidoczniej myślała, że ogarniam imię, ale po prostu nie
dosłyszałam. Kiedy jednak nadal na mojej twarzy widniała mina
zbaraniałego łosia postanowiła wyjaśnić kto to jest. - Taka grecka
bogini sierot. Taka co to mogłaby mi i Tobie pomóc trochę w życiu.
- Eee... - ostatnio
Kamara uwielbiała wtrącać dziwne stwierdzenia w środek naszych rozmów.
Przypuszczam, że dopadł ją etap dojrzewania i rozmyślania nad sensem
własnej egzystencji.
- Kobieto czy Ty się w ogóle się uczyłaś? - chyba uruchomiłam w niej zapalnik po tym jak przez dłuższy czas milczałam.
- Tak uczyłam się,
przecież to wiem. Tylko po prostu jest zakopane głęboko w odmętach
mojego mózgu. Przecież robiłyśmy powtórkę. Wiesz, że sporo wiem -
zaczęłam się tłumaczyć jak małe dziecko, które zostało przyłapane na
kradnięciu ciasteczka z kuchni babci.
- Dziś sprawdzian. Jeśli
go nie zaliczysz będziesz zagro... - Kamara nie skończyła swojego
zdania, ponieważ uciszyłam ją kładąc dłoń na jej ustach. Przechodziliśmy
obok Leona, nie chciałam aby usłyszał te żenującą prawdę.
Musiałam przez dłuższą
chwilę gapić się na przystojnego bruneta, bo Kamara odepchnęła moją rękę
i zaczerpnęła z rozmachem powietrza. Kiedy uspokoiła się,
najwidoczniej zapominając o poprzednim temacie, uśmiechnęła się pod
nosem i pokręciła głową lekko wzdychając.
- Oj Naema, Naema. Moja
biedna naiwna Naema. Kiedy nauczysz się, że mnie się takich rzeczy nie
pokazuje? - moja przyjaciółka zaśmiała się cicho pod nosem i korzystając
z okazji, że byłam kompletnie oszołomiona, pchnęła mnie na stojącego
nieopodal chłopaka.
Nieprzygotowana na taki
obrót spraw poleciałam wprost na Leona. Jego koledzy zamiast uprzedzić
go o lecącej na niego dziewczynie, poszli w ślady Kamary i popchnęli go
na mnie. Spotkaliśmy się w pół drogi na trawniku przed szkołą, on leżący
na ziemi, a ja leżąca na nim. Przez dobre pół minuty leżeliśmy
wpatrując się w sobie oczy, oboje zaskoczeni i onieśmieleni. Poczułam
jak na moją twarz wypływa rumieniec, jego usta tak bliskie moich, w mojej głowie szumiało, a serce łopotało w piersi.
- Heeeej... - w pewnym momencie usłyszałam głos wydobywający się z ust chłopaka pode mną.
- Cześć... - głos Leona
trochę mnie otrzeźwił, więc zamiast przygniatać kolegę w tak nietypowych
okolicznościach, postanowiłam wstać i uwolnić go od mojego ciężaru. -
Przepraszam, nie chciałam - podałam mu dłoń, aby pomóc mu wstać. Tym
razem to chyba ja go onieśmieliłam, bo dostrzegłam jak się rumieni.
Widać nie spodziewał się, że przejmę inicjatywę i tak szybko się
pozbieram.
- Nic, ekhm, nic nie
szkodzi. To ja powinienem przeprosić - wstał o własnych siłach i
uścisnął mi dłoń przedstawiając się. - Jestem Leon - uśmiechnął się
pokazując mi swoje białe zęby.
- Naema.
Przez chwilę staliśmy
rozmawiając o wszystkim co się dało - ile ma lat, do której klasy
chodzi, której nauczycielki nie znosi, jaki sport uprawia. Ja też
odpowiedziałam mu na kilka pytań, na moje szczęście nie zapytał o
rodzinę. Musiałabym powiedzieć, że mieszkam sierocińcu. Po paru chwilach
zadzwonił dzwonek, a ja uświadomiłam sobie, że Kamara na pewno już
czeka w sali od historii i zaczyna pisać sprawdzian.
- Cholera - zaklęłam pod
nosem. - Wybacz, muszę już lecieć - i pobiegłam w kierunku drzwi
frontowych nie oglądając się za siebie.
Po chwili, a w zasadzie
dwóch minutach, wbiegłam do sali cała zdyszana, czułam krople potu
spływające mi po plecach. Miałam szczęście, Pani Amanatidis gdzieś
wyszła, a spod okna machała do mnie ręka Kamary. Siedziała na ławce
energicznie machając nogami.
- Co jest? Gdzie
babeczka? - podeszłam do mojej przyjaciółki, która poklepała miejsce
obok siebie zapraszając mnie do wskoczenia na szkolny stolik.
- Wiedźma poszła do
dyra. Przyszedł cały zbulwersowany i zabrał ją do siebie - zanim Kamara
zdążyła odpowiedzieć, zrobił to nasz dobry kolega Aleksander, który
właśnie stanął obok nas.
- I nic nie powiedziała?
Będzie ten sprawdzian czy nie? - tak bardzo chciałabym aby to
przełożyła na inny dzień. Albo jeszcze lepiej. Odwołała kompletnie. Z
marzeń wyrwała mnie Kamara klepiąc mnie wierzchem dłoni o ramię.
- Ty nie myśl, że się
wykręcisz. Jak tam z Leonem? - rudowłosa siedziała jak na szpilkach,
przygryzała dolną wargę. - Długo Cię nie było.
- O! Dziękuję że mi
przypomniałaś! - dostała ode mnie lekkiego kuksańca pięścią w rękę. -
Więcej mi tak nie rób! Wiesz, że miałam ochotę zapaść się pod ziemię?!
- Ale wyszło prawda?! - Kamara uniosła dłonie na wysokość barków w geście wycofania się.
Biedny Alex stał obok nas i patrzył na tę dramatyczną scenę kręcąc tylko głową.
- Alex powiedz jej, że
zrobiłam to dla jej dobra! Leon to naprawdę fajne ciacho, nie rozumiem
czemu tak się na mnie wkurza - oczywiście rudowłosa udawała zaskoczoną.
- Ja nie jestem w
temacie. Ale przyznaję, że Leon to jedna z lepszych partii. Wcale nie
dziwię się, że Ci się podoba Nem - Alex był gejem. Więc nie dziwnym
było, że zwrócił uwagę na Leona, pewnie też mu się skrycie podobał.
Nigdy jednak nie rozmawiałyśmy z nim na temat obiektów westchnień.
W tym momencie do klasy weszła Pani Amanatidis. W ręku miała laptopa i płytę.
- Dobrze, niestety Pan
dyrektor zabrał nam dobre piętnaście minut - rozejrzała się po klasie po
czym zaczęła rozkładać sprzęt. - Puszczę wam film o greckich bogach, a
sprawdzian zrobimy za tydzień - wszyscy zgromadzeni zaczęli się cieszyć
wywołując u nauczycielki uśmiech na twarzy.
Wcale nie dziwne, że
była nazywana wiedźmą. Pani Amanatidis, już podchodząca pod
pięćdziesiątkę, lekko się garbiła przez co jej długie siwe włosy sięgały
niemalże do uda. Fakt, że skórę miała całą pomarszczoną, jak to u osób
starszych bywa, zamiast odejmować, tylko jej dodawał lat. Poza tym wzrok
także był już nie ten co kiedyś, okulary z okrągłymi szkłami ułożone
były wygodnie na garbowym nosie. Wypisz, wymaluj Babajaga. Do pełnego
obrazu brakowało jej miotły i chatki z piernika.
Kolejne minuty
spędziliśmy na oglądaniu filmu dokumentalnego, który wyświetlał się na
białej ścianie naprzeciwko tablicy. Właśnie zaczynał się wątek herosów,
kiedy Kamara szturchnęła mnie lekko podając kartkę z napisaną
wiadomością:
I jak było?
Mimo, że na samo
wspomnienie chwili sprzed trzydziestu minut uśmiechnęłam się i tak
przewróciłam oczami. Chwyciłam ołówek, który rudowłosa podsunęła mi
wraz z kartką i naskrobałam odpowiedź:
Nic nadzwyczajnego, zwykła rozmowa.
Nie żartuj. Nie było Cię kawał czasu. Widziałam jak na Ciebie patrzył.
Momentalnie otrzymałam
odpowiedź. Na samo wspomnienie zarumieniłam się lekko. Kamara nie mogła
tego dostrzec, ale w głębi duszy cieszyłam się jak dziecko, które
rodzice zabrali do Lunaparku na najfajniejszą kolejkę świata.
Trochę porozmawialiśmy. Nic poza tym.
Umówiłaś się z nim?
Nie...
Naszą mini konserwację przerwał dzwonek lekcyjny. Nareszcie.
- Gdzie mamy teraz? - zwróciłam się do najbliższych mi znajomych.
- W 216, matematyka -
widziałam jak Alex krzywi się na samą myśl o geometrii przestrzennej. -
Gdybym mógł to bym uciekł z tej budy.
Całkiem przyjemna wizja,
uciec i już nie wracać. Ale dokąd? Deficyt członków rodziny, a raczej
całkowity jej brak, nie pomaga w podejmowaniu życiowych decyzji.
Reszta dnia była bardzo
nudna. Siedem godzin lekcyjnych między którymi były dziesięciominutowe
przerwy. Dzień jak co dzień. Kiedy nadszedł wyczekiwany, końcowy dzwonek
lekcyjny razem z przyjaciółmi zerwaliśmy się z miejsc i wybiegliśmy z
sali.
- Idziemy do parku,
idziesz z nami? - twarz Kamary skierowana była w moją stronę. Tak, to
pytanie definitywnie było wypowiedziane do mnie.
- Nie mogę... Dziś apel,
w zasadzie to za godzinę. Jak mnie znowu nie będzie, wyrzucą mnie -
chciałam iść z nimi. Ale sierociniec nie dawał takiego pola manewru jak
własny dom. Alex mieszkał z mamą i młodszym bratem, a Kamara od pięciu
lat była u znienawidzonego ojca. - Kiedy indziej.
- No jasne - Alex uśmiechnął się i odchodząc z rudowłosą dziewczyną pomachali mi na pożegnanie.
Musiałam się spieszyć,
autobus odjeżdżał za pięć minut, nie mogłam się spóźnić. Przechodząc
przez główny plac przyglądałam się roślinności, która rosła wkoło. Muszę
przyznać, że teren przed budynkiem był naprawdę bardzo dobrze
zagospodarowany. Soczyście zielone trawniki, na których uczniowie mogli
odpoczywać pomiędzy zajęciami, drzewa oliwne, w cieniu których można
było skryć się przed wybitnie parzącym słońcem, a także gdzieniegdzie
posadzone żółte wilczomlecze i białe mirty, które po prostu skupiały na
sobie wzrok. Gdzieniegdzie postawiono ławki i kosze na śmieci. Ponadto
teren otoczony został szpalerem cyprysów, tak aby zamknąć przestrzeń
przed niechcianymi spojrzeniami przechodniów. Miejsce po prostu idealne
dla gimnazjalistów.
Wychodząc na chodnik,
obok którego stał czekający na mnie kaczy autobus, drogę zagrodziła mi
postać znajomego mi mężczyzny siedzącego na motorze. Szczęka mi omal nie
opadła kiedy Leon zatrzymał się przede mną i swoją uwagę skierował
wyraźnie na mnie.
- Naema, tak? - odezwał
się pierwszy. Skinęłam tylko głową nadal nie mogąc z siebie wydusić
krzty litery. - Podwieźć Cię? - po chwilowej ciszy z mojej strony, bo
wciąż byłam w niemałym szoku, odezwał się ponownie. - Uciekłaś tak
nagle, dobrze nam się gadało, więc uznałem, że może chciałabyś?
- Chciałabym co? - chyba przestałam go słuchać, bo bredziłam trzy po trzy.
- Żebym Cię podwiózł -
uśmiechnął się i lekko zaśmiał pod nosem. Sprzedałam sobie mentalnego
sierpowego i ogarnęłam się do tego stopnia, aby kontaktować choć na
minimalnym poziomie.
- Wybacz, ale chyba
jednak pojadę autobusem - i wyminęłam go, najzwyczajniej w świecie
wyminęłam to boskie ciacho, które po trzech latach wzdychania na jego
widok, wreszcie zaczęło zwracać na mnie uwagę. Kiedy obeszłam motor
okazało się, że autobus zdążył odjechać. No tak, byłam tak skupiona na
Leonie, że nie zauważyłam tego. Odwróciłam się na pięcie i ku mojemu
zaskoczeniu on nadal tam stał. Nie odjechał, nie odpalił silnika, nie
zaczął przygotowywać się do drogi. Wciąż stał w tej samej, luźnej
pozycji obserwując mnie.
- Chyba jednak nie masz czym - wyszczerzył zęby powtarzając moje wcześniejsze sformułowanie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz