wtorek, 15 maja 2018

Rozdział 7


"Cza­sami strach sta­nowi os­trzeżenie. To jak­by ktoś położył ci dłoń na ra­mieniu, mówiąc: Nie idź dalej."
Luanne Rice

Na kanapie przed telewizorem widziałam dwie postacie. Kamara leżała z głową opartą o kolana drugiej osoby, która bawiła się jej rudymi włosami nakręcając na palce poszczególne kosmyki.
Szarpnięcia firankami ciężko było nie dostrzec, także obie pary oczu spoczęły na moich, napływających łzami. Odwróciłam się gwałtownie i kolejny raz tego wieczoru zaczęłam biec. Nie ważne było gdzie. Byleby przed siebie.
Tym razem nogi poniosły mnie aż do samego portu. Płakałam. To wybitnie nie był mój dzień. Ocierając podpuchnięte oczy skierowałam się w stronę pirsu. Przechodząc obok zacumowanych łodzi dostrzegałam wiele możliwości. A gdyby tak ukraść jeden z jachtów wypływając z zatoki na pełne morze? W kierunku wschodzącego słońca. Tam gdzie nikt już mnie nie skrzywdzi?
Siadając po turecku na samym brzegu  pirsu, wyciągnęłam ręce za siebie i podparłam dłońmi. Obserwowałam piękny księżyc, który o tej porze górował na nieboskłonie odbijając się w gładkiej tafli wody. Mogłabym spędzić tu całą noc.
- Co tu robisz? Nie powinnaś już być w domu? - usłyszałam za sobą znajomy głos. Odchyliłam leniwie głowę do tyłu by spojrzeć na mężczyznę stojącego za mną. Do góry nogami wciąż prezentował się zabójczo.
- A Ty przypadkiem nie jesteś jakimś detektywem? - rzuciłam od niechcenia gdy kucnął obok mnie.
- Ja? Czemu? - przekrzywił głowę, przez co wyglądał jak pies, który nie rozumiał otaczającej go przestrzeni.
- Mam wrażenie, że mnie śledzisz - mój głos brzmiał nad wyraz spokojnie. Wyprany z emocji, z nutą kompletnej obojętności.
- Po prostu oboje znaleźliśmy się o tej samej porze i w tym samym miejscu - uśmiechnął się kładąc mi dłoń na ramieniu. Nie strząsnęłam jej. W tym momencie nic kompletnie mnie nie obchodziło. Nawet jeśli Kilian okaże się seryjnym mordercą, to co z tego? Los i tak szykował dla mnie kolejny powrót Pandory.
Przedłużającą się ciszę przerwał mężczyzna.
- Coś się stało? - zapytał zmartwiony patrząc na mnie.
- A czemu miało się coś stać? - kolejna beznamiętna odpowiedź.
- Bo wyglądasz jakbyś płakała.
- Myślę, że to nie powinno Cię obchodzić - zrzuciłam jego dłoń i wstałam. - Kompletnie Cię nie znam, a Ty zachowujesz się jakbyśmy byli dobrymi przyjaciółmi. Kim Ty w ogóle jesteś? - oparłam dłonie na biodrach i oczekiwałam na nadchodzącą odpowiedź.
Jednak nie doczekałam się jej. Chłopak wstał, przysuwając się niebezpiecznie blisko mojej klatki piersiowej. Naruszał moją przestrzeń życiową. Mimo to nadal stałam niewzruszona. Musiałam nieco unieść podbródek, z tak bliska oczy miałam na wysokości jego barków, zrozumiałe, że wyglądałam przy nim niemalże jak karzeł.
- Nieznajomym - ledwo co dosłyszałam wypowiedziane przez niego słowo, topiąc się w jego bezgranicznie ciemnych oczach i zabójczym uśmiechu.
Czy on musi być taki przystojny? Ciężko mi utrzymać tego cholernego poker face'a kiedy tak blisko mnie stoi.
- To geniuszu sama zauważyłam - Kilian wzruszył ramionami, a ja wymijając go zaczęłam iść w kierunku miasta.
- Ej, tak bez pożegnania?
- Bywaj! - krzyknęłam machając mu dłonią na pożegnanie, nawet się nie odwracając.
- A jakiś buziak?! - uśmiechnęłam się pod nosem.
Cholerny podrywacz.
- No to może Cię odprowadzę?! - przystanęłam na moment i odwróciłam się w kierunku, jak on to siebie określił, nieznajomego. Przydałby mi się ktoś taki jak on. Wystarczyło mi emocji jak na jedną noc, a Kilian wyglądał na dobrego ochroniarza.
- Serio chce Ci się? - odkrzyknęłam. Musieliśmy wyglądać przekomicznie drąc się na siebie, w środku nocy, w porcie. Jestem pewna, że gdyby ktoś spał w jednej z tych łodzi, na bank byśmy go obudzili. 
- No pewnie - oznajmił normalnym głosem, gdy podszedł bliżej mnie.
- Ostrzegam - na mojej twarzy zagościł zadziorny uśmiech. - To kawałek stąd.
- Mamy całą noc.
I poszliśmy. Kilian skutecznie odrywał moje myśli od Pandory i Kamary. Na samo wspomnienie tych pustych, mrożących krew w żyłach, oczu strach paraliżował moje ciało. Strach, ale także podziw. Pragnęłam poznać ją bliżej, jej sztuczki, jej charakter, jej moc. Była cholernie przyciągająca. Też chciałam taka być. To był mój klucz do wolności. Lub do piachu. Pięćdziesiąt procent szans na zajebiste zakończenie. Byłam gotowa podjąć to ryzyko. Gdy nic cię nie trzyma w granicach twojej egzystencji, masz prawdziwą szansę na przekroczenie swoich możliwości.
A Kamara? To już inna historia.
- A więc gdzie mieszkasz? - padło pytanie. Liczyło się moje być albo nie być w tym momencie. Choć przed Kilianem nie musiałam niczego udawać. Był fantastyczny, jego wygląda, zachowanie, ale byłam o wiele za młoda, a on o wiele dojrzalszy. Nie miałam szans nawet gdybym chciała. Więc po co było komplikować sytuację? Drugiej takiej, jak z Leonem, nie musiałam przeżywać.
- W bidulu - rzuciłam kompletnie od niechcenia. Mimo wszystko kątem oka obserwowałam reakcję mojego towarzysza.
- Nie masz żadnej rodziny? - zmarszczył brwi.
- Nie mam bladego pojęcia. Ale skoro tam jestem, to chyba oznacza, że nikogo nie obchodzę - wzruszyłam ramionami. - Ale to nic. Przywykłam - spojrzałam na chłopaka. Nie mogłam odczytać wyrazu jego twarzy, z jednej strony minimalnie dostrzegałam smutek, z drugiej niekrytą ciekawość.
- Jak tam jest? Dobrze Cię traktują? Czy jest ktoś kogo możesz nazywać siostrą, bratem, wujkiem? Masz jakieś godziny policyjne? Od kiedy w zasadzie tam jesteś? - zostałam zasypana gradem pytań. Nie nadążałam ich przetwarzać, a co dopiero odpowiadać na nie.
Stanęłam szybko przed czarnowłosym mężczyzną i zakryłam mu usta dłonią. Nie odepchnął mnie, nie poślinił mi dłoni, nie ugryzł. Najnormalniej w świecie stał z nowo przybranym wyrazem twarzy mówiącym "O co chodzi?" i oczekiwał na moją reakcję.
- Spokojnie, bo mi się obwody przepalają - krótko zaśmiałam się, ale gdy ponownie ujrzałam jak przechyla głowę na bok, jak wtedy w Zatoce, postanowiłam mu wyjaśnić. - Za dużo pytań na raz - uśmiech nie schodził mi z twarzy. Ręce z jego ust - owszem. On był naprawdę fajnym gościem.
- Aaa - zaśmiał się i podrapał w tył głowy, tak jak to robią w tych japońskich bajkach - przepraszam. 
Dalej wędrowaliśmy po opustoszałych uliczkach Wolos, a ja stwierdziłam, że co nieco mogę mu opowiedzieć jak to wygląda z pierwszej ręki.
- Krótko mówiąc nie jest tam za ciekawie, raczej nie ma ogólnej miłości i akceptacji jak w normalnych domach. Rodzeństwa są rozdzielane, a innych ciężko tak nazywać, a przynajmniej ja nie mam kogo tak nazywać - spuściłam wzrok na samą myśl o przyjaciółce. O ile nadal mogę ją tak nazywać.
- Mhm - mruknął tylko, czekając na dalszą część historii.
- Dyrektorka jest okropna, choć gra dobrą duszyczkę na co dzień i mało kto wie, jaka jest na prawdę.
- To znaczy jaka? - oczywiście musiał być zainteresowany tym czym nie potrzeba.
- Legendy głoszą - zaczęłam poważnie, modulując głos, ale nie mogłam kontynuować. Śmiech wywołany miną Kiliana mnie rozbroił, musiałam kontynuować normalnie. - Nie no generalnie to kiedyś, ktoś ją poparzył. Ma jebitną spaleniznę na twarzy. I chyba niedowidzi na jedno oko. I teraz ma obsesję na krzywdzeniu innych - zauważyłam wzrok chłopaka, ściągnął brwi i naprawdę nie wyglądał na zadowolonego. Nie dałam mu dojść do słowa, kontynuowałam. - Nie można jej wchodzić w drogę, inaczej okalecza swoich podopiecznych - na dowód swoich słów uniosłam rękaw czarnej koszuli, ukazując rany i blizny, które widniały na bladej skórze przedramienia.
- Przecież to karalne, dlaczego tego nie zgłosisz? - jego ton głosu brzmiał praktycznie, jakby oskarżał mnie o brak kompetencji.
- Myślisz, że nikt nie próbował? - starałam się bronić. Nie należę do tych, którzy dają sobą pomiatać, a tym bardziej do nie ogarniętych umysłowo. - Oczywiście, że wielu z nas już niejednokrotnie wspominało o tym nauczycielom, wychowawcom, pedagogom. Jedna dziewczyna poszła nawet na policję.
- I?
- I nic. Uznali to za próby samobójcze. Za samookaleczenia. Zamietli sprawę pod dywan, najpierw serwując moim kolegom i koleżankom niezłe kazania i pranie mózgu. To skutecznie nas zniechęciło do prób - wykrzywiłam usta w grymasie.
Po chwili ciszy, która nastała między nami głośno westchnęłam. Doszliśmy na miejsce. Stanęłam przed jak zwykle zamkniętą bramą i odwróciłam się w stronę chłopaka, który stał teraz obok mnie.
- To tutaj? - zapytał wskazując na niezbyt przyjaźnie wyglądającą bramę. Widząc moją minę, po tym jak pokiwałam głową, dodał - jak w więzieniu.
- Dzięki, pocieszyłeś mnie - zaśmiałam się poklepując go po ramieniu. I mimo, że powiedziałam to cholernie sarkastycznie, bardzo poprawił mi dzisiejszy humor.
- Kto tam?! Środek nocy cholera, a głupie dzieciaki, nie mogą przychodzić normalnie do domu - stary zrzęda znów szedł w naszą stronę oślepiając nas swoją latarką. 
- To tylko ja Marcel - rzuciłam krótko zasłaniając twarz ręką, to światło było zabójcze o tej porze.
- To znowu Ty, Orfano? - gdyby jeszcze, znał moje imię, to słowo "Ty" miałoby jeszcze jakiś wydźwięk. Teraz zamiast na mnie, skierował swoją latarkę na Kiliana, który stał niewzruszony. - A ten?
- Nie twoja sprawa, on już idzie - spojrzałam wymownie na chłopaka obok mnie kiedy brama zaczęła się otwierać.
- Właź - szarpnął mnie za ramię, wciągając na teren ośrodka i skierował swoje zabójcze spojrzenie na Kiliana. - A ty zjeżdżaj stąd, smarkaczu.
Chłopak tylko spojrzał na mnie i na zaciskającą się na moim ramieniu dłoń Marcela.
- Nie dosłyszałeś, chłopcze? Mam Ci to przeliterować?
- Puść ją - rzucił Kilian, nadal stojąc w tym samym miejscu, nie ruszając się nawet o milimetr.
- A Ty co? Z drzewa się urwałeś? Kim Ty jesteś, by wydawać mi rozkazy? - Marcel był widocznie wściekły. Szydzenie z innych to jego sposób na odreagowanie stresów dnia codziennego - choć, ja nie wiedziałam jakie on mógł mieć stresy pracując jako ochroniarz w portierni. Pyskujące dzieciaki? - Nie słyszysz? Spadaj stąd! - Marcel już podniósł drugą rękę na chłopaka, ale ten złapał go zręcznie za nadgarstek nim ten zdążył zrobić cokolwiek.
Widziałam powoli zaciskającą się pięść chłopaka, która trwała przy lewej nogawce jego spodni. Był wściekły. Podszedł do Marcela tak, by ich wzrok dzieliło zaledwie kilka centymetrów.
- Zo-staw-ją - przesylabizował dobitnie Kilian jakby był przekonany, że ktoś taki jak Marcel nie zrozumie ani jednego słowa, które wypowiadał w jego kierunku.
Marcel zwolnił uścisk, natychmiast rozmasowałam bolące miejsce i odsunęłam się od mężczyzny. Ochroniarz zdawał się naprawdę nie rozumieć słów. Przeraźliwy strach emanował z całej jego postawy. Z oczu przepełnionych łzami, drżących nóg, a nawet z cichych jęków wydobywających się bezwolnie z gardła mężczyzny. Wyglądało to dość strasznie z mojej perspektywy. Nawet trochę bym mu współczuła, gdyby nie fakt, że znałam go od dawna i wiedziałam do czego jest zdolny. Dobrze tak śmieciowi.
- Kilian... - złapałam chłopaka za skrawek czarnej bluzki. Chłopak od razu na mnie spojrzał. - Wystarczy... - wypowiedziałam cicho, beznamiętnie.
Jego oczy dawały mi jasny przekaz - mimo kilku godzin spędzonych w jego obecności, już stałam się częścią jego świata, a on nie pozwala nikogo, kogo tam wpuścił, skrzywdzić.
Kilian opamiętał się i puścił Marcela, który runął na ziemię. Skulił się podciągając kolana pod klatkę piersiową i oplatając je ramionami. Cały drżał, a ja wpatrywałam się w mężczyznę stojącego obok mnie.
Co on mu zrobił? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz